Wywiad z Iloną Wrońską – „Edukacja domowa to fantastyczna podróż”


Pani Ilona Wrońska, aktorka edukująca swoje dzieci w domu, od kwietnia 2018 r. prowadzi bloga, na którym dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem bycia nauczycielem dla własnych dzieci. Zapytaliśmy panią Ilonę o kilka ważnych kwestii dotyczących homeschoolingu. Serdecznie zachęcamy do zapoznania się z wywiadem, w którym pani Ilona odpowiada na pytania o to, jak wygląda edukacja domowa w jej rodzinie.

 

ASF: W kwietniu tego roku na Pani blogu pojawił się pierwszy wpis dotyczący edukacji domowej. Na blogu dzieli się Pani doświadczeniem bycia nauczycielem dla swoich dzieci. Pani wpisy  są ogromną inspiracją i wsparciem dla rodziców, którzy rozważają tę formę edukacji dla swoich dzieci. Edukacja domowa cieszy się coraz większą popularnością w Polsce. Ma Pani już niemal trzyletnie doświadczenie w kształceniu swoich dzieci w domu. Co było dla Pani najcenniejszym doświadczeniem w tym czasie „homeschoolingu”?

 

IW: Kiedy nasze dzieci już dorosną i minie czas edukacji w naszym domu, będę pewnie robiła w głowie podsumowania i wtedy odpowiem na pytanie: „Co było najcenniejszym doświadczeniem?”. W tej chwili jesteśmy w fazie doświadczania i nie jesteśmy w stanie tego ocenić. To się dzieje tu i teraz i nie zastanawiamy się nad tym, po prostu robimy swoje najlepiej jak potrafimy.

 

Wspomniała Pani o lękach, które początkowo towarzyszyły decyzji o ED. Z czym były związane? Jakie były Pani obawy?

 

Chyba największą obawą było to, czy my na pewno dobrze nauczymy swoje dzieci, czy damy radę przypomnieć sobie materiał ze szkoły podstawowej. Czy będziemy potrafili wytłumaczyć trudne zagadnienia, czy znajdziemy klucz do nauczania domowego, który nie będzie powielaniem tego, co znamy. Takich kilka obaw nam towarzyszyło, teraz jest ich zdecydowanie mniej 🙂 .

 

Państwa decyzja o skorzystaniu z formy edukacji domowej była motywowana wyjazdem za granicę. Gdyby miała Pani wymienić kilka najważniejszych umiejętności, których dzieci nauczyły się podczas podróży, co by to było?

 

Poza podstawą programową taką główną umiejętnością, którą nabyły nasze dzieci, to otwartość na nowe, nieznane rzeczy, miejsca. Mam nadzieję, że obudziliśmy w nich chęć poznawania świata. Poza tym, podczas takich długich podróży, człowiek uczy się radzenia sobie z niespodziewanymi sytuacjami. Taki wyjazd to niezła lekcja życia.

 

Dzieci chodziły wcześniej do szkoły. Pisała Pani o tym, że po powrocie z USA dzieci wróciły na dwa miesiące do szkoły, po czym zdecydowały, że edukacja domowa jest dla nich  lepszym rozwiązaniem. Czym była motywowana ta decyzja? Dlaczego dzieci same uznały, że wolą uczyć się w domu?

 

Po prawie 6 miesiącach przebywania poza swoim miejscem zamieszkania dzieciaki po prostu poczuły ogromną tęsknotę za przyjaciółmi. Powrót do szkoły miał być dla nich między innymi powrotem do znajomych. I oczywiście był, ale był także powrotem do kartkówek, sprawdzianów, zadań domowych… Dość szybko przypomniały sobie, że nauka w szkole to dla nich stres, a po ED wiedziały, że wcale tak być nie musi. Nauka może być przyjemna i przede wszystkim, co najważniejsze, nie trwać tak długo jak w szkole. Stąd ich prośba o kontynuację ED. Dodam tylko, że dziennie poświęcamy dzieciom 3 godziny zegarowe, resztę czasu mają dla siebie.

 

Natasza i Kajtek napisali książki z podróży i sami je zaprojektowali. Taka książka to świetny pomysł na to, by w kreatywny sposób rozwijać umiejętności dzieci i pozwalać im na realizację pasji. Kto był pomysłodawcą tego przedsięwzięcia?

 

Chyba ja 🙂 .

 

Natasza i Kajtek korzystają z podręczników szkolnych. Czy to wystarcza, aby przerobić całą podstawę programową z danego przedmiotu, czy może korzystają Państwo z dodatkowych uzupełnień?

 

Raczej nie korzystamy z dodatkowych książek. Chyba że temat akurat ich zainteresuje, wtedy trochę go rozszerzamy, ale to nie zdarza się często. W tym wieku dzieci nie lubią się uczyć – pewnie w większości domów tak jest, bo dzieci uczą się rzeczy, których nie do końca rozumieją albo tematy są nudne.Wtedy często nam mówią, że to im się w życiu na pewno nie przyda 🙂 .

 

Jak radzą sobie Państwo z podstawą programową? Czy realizacja założeń koniecznych do egzaminu wymagała opracowania szczegółowego planu i podziału materiału? Czy przerabiają Państwo materiał zgodnie z założeniami podręcznika?

 

Jeszcze rok temu dzieci zaliczały egzaminy z przedmiotów semestralnie. W tym roku zdecydowaliśmy się na roczne egzaminy. Mamy już większą wprawę w przygotowaniach. Jesteśmy zorganizowani i zmotywowani, żeby większość materiału zaliczyć do stycznia. bo wtedy będziemy mieli długie wakacje 🙂 . Wszystko jest możliwe. Przerabiamy całą podstawę programową, jak już wspomniałam 3 godziny wystarczą, ale mamy 2 dzieci, a nie 25 jak w szkole. Nie robimy im klasówek, sprawdzianów, po prostu uczymy, a przed egzaminem końcowym powtarzamy, utrwalamy. Na takie powtórki potrzebujemy około 2 tygodni. W tej chwili skupiliśmy się na 4 przedmiotach: biologii, języku polskim, matematyce i języku angielskim. Codziennie przerabiamy z nimi jakiś temat.

 

Czy mogłaby Pani powiedzieć coś więcej na temat tego, jak wyglądają godziny nauki z dziećmi. Czy mają Państwo wypracowany stały plan działania? Czy lekcje w domu podzielone są na przedmioty?

 

Oczywiście, że są podzielone na przedmioty. To jest już 5 i 6 klasa. Jedyne, co można czasami połączyć, to przyrodę z geografia, czasami historię z językiem polskim, np. Grecję i mity. W młodszych klasach udawało się więcej, wiele zagadnień dzieci przerabiały razem. W tej chwili często bywa to niemożliwe, bo też tematy są różne. To, co udaje się łączyć, to język angielski, matematykę i język polski tego dzieci uczą się razem, czasami syn trochę więcej niż powinien, bo uczy się z książek do 6 zamiast do 5 klasy. Lektury przerabiają teraz te same. Jeżeli chodzi o czytanie, to mamy taką domową umowę, że dzieci czytają swoje ulubione książki fantasy, a w lekturach pomaga audiobook, właśnie czeka ich 13 godzin słuchania W pustyni i w puszczy, około 40 minut dziennie. Mamy też książki, które czytam im ja. Tak, niektórych to dziwi, że w tym wieku dzieci chcą słuchać tego, co czyta im mama, ale my to uwielbiamy, zwłaszcza historie, które opisuje Brandon Mull, obecnie czytam im Pięć Królestw. Leżymy sobie wtedy na kanapie, przytulamy i odpływamy w świat fantasy 🙂 . Mam nadzieję, że jeszcze długo będą chcieli mnie słuchać 🙂 .

 

Rodzice często obawiają się podstawy programowej, którą trzeba zrealizować. Z jednej strony chcą podążać za indywidualnymi zainteresowaniami i predyspozycjami dziecka. Z drugiej natomiast mają świadomość, że wisi nad nimi widmo egzaminów. Jak Pani udaje się to pogodzić?

 

Egzaminy są konieczne. Możemy się z tym zgadzać lub nie, ale dzieci są zobowiązane do nich przystąpić. Dzięki temu, że tak mało czasu zajmują nam lekcje, to mają czas na swoje ulubione rzeczy, mogą rozwijać zainteresowania. Natasza coraz częściej sięga po gitarę, chodzi na zajęcia z pływania i pobija swoje własne rekordy. Kajtek lubi parkour, do zeszłego roku przez kilka lat uczęszczał na karate, a teraz zapisał się na zajęcia o tajemniczej nazwie „Umysł szlachetnego wojownika”. Wszystko udaje się nam pogodzić. Mamy jeszcze czas na własną pracę 🙂 .

 

Natasza i Kajtek zapisani są do szkoły realizującej założenia Marii Montessori. Podzieliła się Pani również z czytelnikami bloga informacją, że wychowywanie dzieci w tym nurcie Panią zainteresowało. Czy są jakieś elementy edukacji zaczerpnięte z nurtu Montessori, które wykorzystuje Pani podczas wspólnej nauki?

 

Staramy się omijać tematy, a raczej przesuwać je w czasie, gdy wydają się za trudne. Jeżeli czuję, że np. na omawianie układu rozrodczego jest jeszcze za wcześnie, to wracam do tego za kilka miesięcy. Tak działa Montessori. Jeśli czujesz, że Twoje dziecko nie jest na coś gotowe, nie dojrzało do pewnego tematu, to poczekaj chwilę, daj mu czas. W ED mamy możliwość żonglowania tematami, to zależy tylko i wyłącznie od nas, czy dziecko pozna budowę pantofelka i eugleny we wrześniu czy w maju. A tak nawiasem mówiąc, czy to nam się kiedyś przydało? Są tematy takie, które, krótko mówiąc, nie bardzo interesują nasze dzieci, a jednak musimy je chociaż trochę dotknąć. Dlatego, pisząc na blogu o resetowaniu dysku (w domyśle naszego mózgu), czasami zalecam im zapamiętać, zaliczyć i zapomnieć.

W szkole Montessori pracuje się nad projektami, staramy się to wprowadzać do naszego nauczania. Przerobiliśmy z Nataszą niedawno planety. Poprosiłam ją, żeby na dużej kartce narysowała wymyśloną planetę, stworzyła życie na niej, wymyśliła nazwę, zaznaczyła, ile ma księżyców, jakiej jest wielkości, żeby uruchomiła maksymalnie swoją wyobraźnię. Ten projekt powstaje teraz zapewne w jej głowie. Ma kilka tygodni, żeby go zrealizować. Podobnie jest też z informatyką, chciałabym żeby po poznaniu wszystkich tegorocznych tematów stworzyli wspólne dzieło, które pokaże ich umiejętności w tym zakresie. W zeszłym roku na bazie poznanego materiału tworzyli gry planszowe z historii i krzyżówki z przyrody. W najbliższym czasie poproszę ich też o to, by wyobrazili sobie, że są na Olimpie i mają możliwość spędzenia jednego dnia z wybranym bogiem greckim – to będzie praca opisowa. Pomysł ukradłam z Montessori 🙂 .

 

Na blogu wspomniała Pani o dodatkowych lekcjach języka angielskiego. Jakie są Państwa metody na naukę języków obcych?

 

Do języka angielskiego przychodzi 3 razy w tygodniu uwielbiana przez dzieci pani Ula. Wiosną, po zaliczeniach, wychodzili na spacery i po prostu rozmawiali albo grali w gry planszowe w języku angielskim. Zależy nam na tym, by nie bały się rozmawiać, zwłaszcza kiedy podróżujemy. Nie mają jeszcze śmiałości, chociaż dużo rozumieją.Wszystko przyjdzie z czasem. Bardzo zależy nam na nauce języków. Od stycznia, kiedy już część egzaminów zaliczą, będą uczyć się języka hiszpańskiego. Przez 1,5 miesiąca mieszkaliśmy w Meksyku, bardzo spodobał nam się ten język.

 

Z czytelnikami bloga podzieliła się Pani pomysłem na „ściankę wiedzy”, który ułatwia dzieciom przyswajanie wiedzy w przyjaznej atmosferze. Z jakich jeszcze „patentów” korzysta Pani podczas wspólnej nauki?

 

Staram się, żeby trudne słowa kojarzyli z prostą rzeczą. Natasza często coś rymuje, np. Krzysztof Kolumb 1492 tra ta tatatatata 🙂 albo wymyśla do danego słowa tekst. Kajtek ostatnio przerabiał budowę komórki roślinnej i zwierzęcej i jest tam takie trudne słowo jak mitochondrium, nie wiedział z czym to skojarzyć. Jak zobaczył rysunek, to powiedział, że przecież to ma kształt fistaszka i jakoś tak łatwiej weszło mu to do głowy. Albo że komórka bakteryjna wygląda jak mysz 🙂 . Takich przykładów jest dużo i rodzą się najczęściej wtedy, gdy coś wydaje się na początku trudne, a później staje się całkiem łatwe 🙂 .

 

Tabliczka mnożenia na rowerze. Lekcja geografii w samolocie podczas planowania podróży do Azji. Powtórki w samochodzie. Czy taka forma nauki wiąże się z dużym poświęceniem rodzica? Czy nie zabiera to radości wspólnych chwil? I przede wszystkim, czy jest to skuteczne?

 

Te wspólne chwile z dziećmi w ED to ogromna przyjemność. Nikt nam tego nie zabierze, to duża wartość. To nasz domowy eksperyment i nie wiemy, jakie będą tego efekty. Po prostu czujemy, że to jest nasza wspólna droga. Już za kilka lat dzieci pójdą swoją drogą. To tak szybko mija. Poprzez ED budujemy z nimi więź, relację, uczymy się siebie. To fantastyczna podróż. Myślę, że jedna z naszych najciekawszych.

W poście na blogu dotyczącym podróży do Azji pisze Pani: „Miał to być wyjazd bez nauczania, ale tak się nie da, wszystko jest nauką”. W jaki sposób zaszczepia Pani w dzieciach chęć samodzielnego zdobywania wiedzy?

 

Nie ma nic lepszego jak doświadczanie, przekonanie się na własnej skórze, dotknięcie, a nie tylko zobaczenie w książce. Wiem, że nie każdy ma szansę na dalekie podróże, ale przecież tutaj też mamy wiele ciekawych miejsc. Może zamiast uczyć się z książek o Gnieźnie czy Malborku trzeba pojechać i zobaczyć.

 

Wspomniała Pani również o tym, że kontakty z rówieśnikami w szkole ograniczone są do kilkuminutowej przerwy. Edukacji domowej zarzuca się, że dzieci korzystające z tej formy nauki nie mają kontaktu z rówieśnikami. Czy zgadza się Pani z tą opinią?

 

Nasze dzieci mają kontakt z innymi. Nie jest codzienny, ale weekendowy. Chodzą też na zajęcia dodatkowe, tam też są dzieci. Jeżdżą na obozy, też z dziećmi. Wychodzą do kina, umawiają się na przejażdżki rowerowe, chodzą na urodziny. Nie wiem, z jaką ilością osób musieliby się spotykać, żeby udowodnić niedowiarkom, że ED to nie izolacja.

 

Pisze Pani otwarcie o tym, że kryzysy się zdarzają… i to nie tylko dzieciom. Jakie są Pani metody na motywację dzieci do nauki, ale też do motywacji samej siebie?

 

Motywacją przeważnie są podróże. W zeszłym roku zaplanowaliśmy miesięczny wyjazd na przełomie grudnia i stycznia na Ukrainę. I to była nasza motywacja.Wizja 30 dni wolnego od nauczania, od pracy dodawała nam otuchy 🙂 . Czasami czujemy się przemęczeni danym przedmiotem, który przerabiamy codziennie przez kilka tygodni, wtedy po prostu go odkładamy na jakiś czas. W zeszłym roku postanowiliśmy, że matematykę i język polski zaczniemy przerabiać dopiero w lutymi i tak też się stało. Główną motywacją dzieci jest możliwość zaliczenia szybciej przedmiotów, a tym samym dłuższe wakacje. W zeszłym roku szkolnym wakacje trwały u nas 3 miesiące. Czasami dzieci swoim zachowaniem, lenistwem doprowadzają nas do ostateczności. Mówimy wtedy, że jak im się nie podoba, to zawsze mogą wrócić do szkoły. Nie lubią jak tacy jesteśmy, obrażają się wtedy na nas i mówią, że wyjeżdżają do Chin 🙂 .

 

Czy bierze Pani pod uwagę ewentualność, że w starszych klasach dzieci będą musiały wrócić do szkoły?

 

Zakładamy, że nasze nauczanie potrwa do 8 klasy. Później zdecydują, czy chcą iść do liceum państwowego, Montessori czy może jeszcze coś innego wymyślą.

 

Udowodniła Pani, że można rozwijać się zawodowo, poświęcać czas na nauczanie własnych dzieci i realizować przy tym swoje pasje. Jak jest Pani przepis na sukces?

 

Trzeba być zorganizowanym, cierpliwym, nie poddawać się, wierzyć we własne decyzje, nie ulegać presji otoczenia, wspierać się, kochać, szanować, nie przeszkadzać sobie, nie wymagać za dużo – tylko tyle, ile trzeba, mieć wspólne cele, robić po swojemu, a nie tak, jak wypada, akceptować – nawet porażki, i – jakby to powiedziały nasze dzieci –wyluzować 🙂 .

 

Jakich rad udzieliłaby Pani rodzicom, którzy myślą o edukacji domowej, ale obawiają się, że mogą nie podołać temu zadaniu?

 

Nie bójcie się ryzykować. Zawsze przecież można wrócić do tego, co już znacie. Próbowanie jest ciekawe, inspirujące. Może taka decyzja sprawi, że stworzycie w domu coś bardzo oryginalnego. Trzymam kciuki za wszystkich domowych edukatorów.

 

Z Iloną Wrońską rozmawiała Aneta Sarnowska-Frank

 

Related Posts