Cała Naprzód, czyli o edukacji domowej w podróży – wywiad

Cała Naprzód, czyli o edukacji domowej w podróży – wywiad

Cała Naprzód to czteroosobowa rodzina podróżująca kamperem – rodzice oraz dwójka dzieci. Syn Niny i Mateusza, Leopold, nazywany przez rodziców Leosiem, jest obecnie w 3. klasie rejonowej szkoły podstawowej i to w niej spełnia obowiązek szkolny poza placówką. Dzięki elastyczności edukacji domowej w zeszłym roku rodzina odwiedziła Hiszpanię, Portugalię i Francję, a w tym roku Sycylię oraz Tunezję. Swoimi doświadczeniami z podróży dzielą się na Facebooku oraz Instagramie.

*  *  *

Jak się zaczęła Państwa przygoda z edukacją domową? Czy miała na to wpływ pasja do podróży, czy pomysł wzięcia odpowiedzialności za nauczanie syna był już gdzieś wcześniej rozważany?

Mateusz: Edukacja domowa była ściśle powiązana z planem długich podróży. W ostatnich latach śledziliśmy rozwój tej formy stylu życia – coraz więcej youtuberów i vlogerów, którzy wybrali życie w drodze, podbija internet. Stwierdziliśmy, że chcielibyśmy kiedyś czegoś takiego spróbować. Kilka lat temu wymyśliliśmy plan, że zrobimy sobie gap year – przerwę od pracy zawodowej i karier, by odbywać podróże kamperem.
Nie da się jednak wychowywać dziecka uczęszczającego do standardowej placówki edukacyjnej i jednocześnie być w trasie. Stąd decyzja, by spróbować edukacji domowej. Cały plan przygotowywaliśmy około dwóch lat przed wyjazdem, bo musieliśmy się do niego przygotować zawodowo i finansowo. Uznaliśmy, że najlepszym momentem będzie czas, gdy syn będzie w drugiej i trzeciej klasie. Chcieliśmy, by skończył pierwszą klasę standardowo, by miał punkt odniesienia, jak wygląda standardowa szkoła. Kolejne dwa lata edukacji wczesnoszkolnej są łatwiejsze dla rodziców, bo obowiązkowy materiał jest po prostu mniej wymagający. I tak realizujemy ten plan. Po pierwszym roku bardzo nam się spodobało, więc kontynuujemy go teraz w klasie trzeciej. Edukacja domowa stała się dla nas możliwością podróżowania poza wakacjami i feriami.

Cała Naprzód w komplecie – kamping w Douz, mieście zwanym Bramą Sahary (arch. prywatne)

Leoś, a jak ty się zapatrywałeś na to, by jednak nie chodzić do szkoły? Jaka była twoja reakcja, gdy rodzice powiedzieli ci, że będziesz się z nimi uczyć w kamperze?

Leoś: Gdy chodziłem do szkoły, było fajnie, miałem dużo kolegów. Teraz, gdy uczę się w kamperze, mam na pewno więcej wolności. Gdy jestem głodny, mogę sobie coś szybko przekąsić, a pani w szkole pewnie by mi nie pozwoliła. Mogę też w każdej chwili pójść do łazienki, a w szkole raczej nie można tak często wychodzić.
No i na pewno mam tę wolność w nauce. Zazwyczaj uczę się w trakcie jazdy. Jak jest ładna pogoda, to uczę się mniej, a gdy jest zimniej i brzydka pogoda – dużo.

Wspomniałeś o kolegach – jak jest z nimi w trasie? Czy udaje ci się poznać jakieś inne dzieci, które również podróżują lub po prostu mieszkają w miejscu, które odwiedzacie?

Leoś: Teraz akurat stoimy z kolegą, też Leopoldem. W Afryce poznałem dwóch chłopców i fajnie się z nimi bawiłem. W podróży mam na pewno mniej kolegów niż wtedy, gdy jesteśmy w Polsce.
Nina: Ale też ich poznajesz. Ostatnio bawiłeś się z kolegą z Niemiec, pamiętasz?
Leoś: Aha, tak, zapomniałem.
Mateusz: Na pewno jest to minus, że jest tych rówieśników mniej.
Nina: Relacje nie są też takie stałe, są bardziej ulotne. Stoimy gdzieś razem, jest fajnie, ale potem albo my ruszamy dalej, albo oni. I nie wiadomo, czy się jeszcze gdzieś spotkamy. Akurat teraz stoimy z rodziną, którą poznaliśmy w zeszłym roku, i łącznie w tegorocznej podróży spędziliśmy razem dwa miesiące. Więc aktualnie dzieciaki bawią się razem, ale z tymi relacjami w podróży jest trudniej. My poza podróżą mamy dom stacjonarnie w Polsce i tam Leoś ma większą, stałą grupę znajomych, z którymi spędza rewelacyjnie czas. Potrafią sobie iść do lasu z rowerami i zbudować rampę, z której skaczą.
Leoś: Albo zbudować szałas, który po jednym dniu się rozwalił, bo przyszła burza!
Mateusz: My ogólnie wyjeżdżamy na zimę. Wyjeżdżamy na jesień i wracamy wiosną, więc ta podróż trwa cztery-pięć miesięcy. Na pewno zupełnie inną perspektywę mają rodziny, które są w permanentnej podróży – znamy takie, które żyją w kamperze. Tu na pewno jest ten aspekt ulotności relacji, o którym wspomniała Nina. Ale z drugiej strony są i przyjaźnie, tak jak ta, gdy my podróżujemy z drugą rodziną, które będą głębsze. Nie chcemy też cukrować tej instagramowej rzeczywistości podróżniczej. Są też pewne wady tego rozwiązania i na pewno mniejszy kontakt z rówieśnikami jest jedną z nich.
Nina: Myślę też, że dużo zależy od charakteru dziecka. Akurat Leoś jest bardzo otwartym dzieckiem, które nie ma problemu z tym, żeby na przykład gdzieś w afrykańskiej wsi podejść do dwóch chłopców w jego wieku i pograć z nimi w piłkę, a później spędzić cały dzień na ganianiu się po ich ogrodzie i wspólnej zabawie.
Leoś: A ich ogród był bardzo duży!
Nina: Tak. A jak dziecko jest bardziej nieśmiałe, zamknięte w sobie, to potrzebuje więcej czasu, by te relacje zbudować. Stojąc trzy dni na plaży z inną rodziną, ciężko może być mu się pobawić.

Wspólna edukacja domowa (arch. prywatne)

Brak socjalizacji to jeden z mitów dotyczących edukacji domowej. Czy spotkali się Państwo z jakimiś innymi mitami, pytaniami od osób spotkanych w podróży i niezaznajomionych z edukacją domową?

Mateusz: Na pewno wielu osobom może się wydawać, że edukacja domowa jest bardzo prosta. Wymaga ona jednak dużo, od rodzica przede wszystkim. Mamy znajomych, którzy opowiadają o tym, jak ciężko odrabia im się z dziećmi pracę domową, a u nas jest to przepracowanie całego programu. My jesteśmy na takiej bardziej tradycyjnej edukacji domowej, samodzielnie uczymy dziecko. Zawsze gdy opowiadamy o nauce syna, to podkreślamy, że wymaga to od nas cierpliwości i organizacji.
Dużo osób jest też zaskoczonych, że proces wejścia w edukację domową w Polsce jest taki łatwy – napisaliśmy pismo do dyrekcji szkoły rejonowej, do której zapisany jest nasz syn, uargumentowaliśmy je podróżami, które wpłyną pozytywnie na kształcenie i poznawanie świata dziecka, oraz stwierdzeniem, że czujemy, iż mamy intelektualne zdolności, by móc uczyć dziecko na tym etapie.
Nina: Wielu znajomych z naszego otoczenia, przyjaciół było zdziwionych na początku, gdy mówiliśmy o edukacji domowej. Sporo osób mówi nam też, że fajnie i że też by tak chcieli, ale gdzieś im brakuje takiego “pstryczka”, takiej odwagi, żeby to zrobić.
Mateusz: Na pewno takie rozwiązanie wciąż uważane jest trochę za wariactwo, szczególnie przy połączeniu z naszym trybem życia, wyjechaniem na parę miesięcy. Ludzie patrzą na nas jak na szalonych. To w sumie jest szalone – teraz siedzimy i mamy widok na Etnę, dzieci się bawią na plaży. Za kilka dni obudzimy się w średniowiecznym miasteczku, a jeszcze miesiąc temu żyliśmy na pustyni.
Ale spotykamy raczej pozytywne reakcje. Coraz więcej osób się przekonuje – w tym roku, podczas naszej wyprawy, odwiedzili nas dziadkowie z mojej oraz z Niny strony. I tak jak na początku nam nie wierzyli, gdy opowiadaliśmy o tym planie, później byli zszokowani, chyba nie do końca przekonani, że wiemy, co robimy. Jednak gdy zobaczy się na żywo, jakie korzyści wynikają z takiej podróży, można się do tego pomysłu przekonać.
Pokazujemy dziecku na żywo to, co ma w książkach. Mamy dosłowne przykłady: przerabialiśmy z synem temat o podróżnikach, a w zeszłym roku byliśmy w miejscu, skąd Kolumb wypłynął w swoją wyprawę do Ameryki. Spacerowaliśmy po replikach tych statków. Omawialiśmy tematy o pustyni, a spaliśmy na niej przez tydzień i karmiliśmy okruszkami myszki pustynne. To jest tak niesamowicie empiryczne doświadczenie nauki, że wydaje mi się, że takie kształcenie jest lepsze pod względem jakości niż edukacja w systemie pruskim, w zamkniętym, betonowym budynku. Ale oczywiście wymaga to dużo pracy i przeorganizowania życia. Trzeba pogodzić to z pracą, mieć na podróże finanse – tylko życzyć każdemu chociaż roku w takiej edukacji domowej, bo rozwinie to dziecko, ale i rodzica. Nie od dziś wiadomo, że podróże kształcą.

Rzymskie zabytki w Thugga w Tunezji, Muzeum II wojny światowej Katania – Sycylia (arch. prywatne)

Wspomniał Pan, że syn zapisany jest do rejonowej szkoły podstawowej. Z Państwa mediów społecznościowych możemy dowiedzieć się, że Leoś był pierwszym uczniem w swojej szkole, spełniającym obowiązek szkolny poza szkołą. Jak szkoła była nastawiona do Państwa decyzji?

Nina: Szkoła bardzo życzliwie do nas podeszła, wyraziła zgodę na edukację domową po ukończeniu przez Leosia pierwszej klasy. Nie mieliśmy obiekcji ze strony dyrekcji czy niepewności. Później było trochę organizacyjnego chaosu, na przykład panie w bibliotece zastanawiały się, czy mogą nam wydać podręczniki, bo jesteśmy zapisani do szkoły, ale syn nie będzie do niej uczęszczał. Miały wątpliwości, czy te książki nam się nie zniszczą, bo wiedziały, że będziemy podróżować. Musiały więc to z dyrekcją doprecyzować i finalnie podręczniki dostaliśmy.
Kwestie organizacyjne pojawiły się również przy egzaminach i trochę trwało ustalenie formy i terminu, bo to dla nich pierwszy uczeń w edukacji domowej. Ale to nie były jakieś poważne przeszkody.
Mateusz: Sama ta forma egzaminu, z całego materiału na koniec roku szkolnego, na pewno była dla dziecka trudna, trochę taka mała matura. Nie mieliśmy jednak nastawienia na konkretny wynik, że jak będzie gorzej, niż się spodziewamy, to coś się stanie.
Nina: Nie mieliśmy oczekiwań wobec Leosia, że on musi mieć koniecznie 95%, bo jak nie, to świat się zawali. Po prostu miał zaliczyć klasę.
Mateusz: I zaliczył. Było to jednak dla niego trudne i stresujące, egzamin składał się z wielu stron. W mojej ocenie nie była to sprawiedliwa forma egzaminu dla dziecka w drugiej klasie. Ale szkoła po prostu nie wiedziała, jak do tego podejść – także nie możemy powiedzieć nic złego o placówce, bo jednak mamy fajną relację ze szkołą.
Nina: Tak, egzamin był bardzo obszerny. Tu jako ciekawostkę chcę dodać, że Leoś po 4 miesiącach podróżowania pomylił kierunki świata, przekręcając każdy o jeden w prawo. Nie mamy o to żadnych pretensji, bo już się ich nauczył.
Mateusz: Jak to mówią, szewc bez butów chodzi. Musi po prostu więcej podróżować. (Śmiech)

Wróćmy więc do podróżowania. Mówili Państwo o doświadczeniach empirycznych, choćby mieszkania na pustyni. Co jeszcze podróże mogą dawać dzieciom?

Nina: Patrząc na Leosia i jego młodszą siostrę, wydaje mi się, że są oni bardziej otwarci. Potrafią nawiązywać chwilowe relacje, nie mają problemu, by do kogoś podejść i się przywitać, porozmawiać. Leoś to już w ogóle – nieważne, czy jest to osoba dorosła, czy dziecko, nie ma z tym najmniejszego problemu.
Mateusz: Ja ogólnie uważam, że wszystko w kamperze jest bardziej intensywne: w edukacji, ale nie tylko. Jak jest dobra pogoda, to my to bardziej odczuwamy, spędzając cały dzień na świeżym powietrzu. Z kolei jak pada, to też jest to u nas bardziej odczuwalne, bo jesteśmy zamknięci razem na małej powierzchni. W nocy deszcz stuka w dach i ciężko zasnąć. Z kolei przy silnym wietrze buja naszym domem, a ktoś żyjący w normalny sposób może wcale nie wiedzieć, że wieje wiatr.
Podobnie jest z rozwojem i edukacją dziecka: dni są mniej powtarzalne, przez co uczy się i przeżywa większą ilość rzeczy. Jak żyje się w typowy sposób, to te dni są jednak do siebie podobne – wstaje rano, jedzie do szkoły. A u nas każdy dzień jest zupełnie inny, przez co wydaje mi się, że dziecko ma więcej doświadczeń.
Nina: I kontakt z naturą. Każdego dnia jesteśmy na dworze, doświadczamy świata poza kamperem. Wjeżdżamy na Etnę i rzucamy się śnieżkami, a za chwilę zjeżdżamy i kąpiemy się w morzu.
Mateusz: No i oczywiście języki obce. Wiadomo, że to wciąż podstawy, ale syn nie ma już problemu z tym, żeby pójść zapytać o toaletę w restauracji czy o keczup do frytek.
Nina: Tak, to jest też ta otwartość, o której mówiłam. Leoś jest w tych pytaniach samodzielny, idzie sam je zadać po angielsku. Nie wstydzi się, nie boi się ludzi.
Mateusz: Myślę, że podróże rozwijają nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Prawie każdy dorosły zdaje sobie sprawę z tego, że przez dwa tygodnie podróżowania przeżyje tyle, co przez dwa miesiące normalnego życia. Nowości, które rozwijają wszystkich, niezależnie od wieku.
I też kontakt z miejscami historycznymi, muzeami – jestem z wykształcenia historykiem, więc dużo tego dzieciom wrzucam. Jakiś czas temu nagrywaliśmy rolkę na Instagram i syn miał powiedzieć, w ramach żartu, “piękna architektura romańsko-arabska”, bo to jednak trudny zbitek słów. No i nie mógł tego wymówić, trochę sobie z tego pożartowaliśmy i myślę, że dzięki temu syn zapamięta to do końca życia. Tę wiedzę przekazujemy właśnie w formie zabawy, staramy się poznać historię miejsc, które odwiedzamy.
Nina: Nie jest to łatwe, bo jak oglądamy piąty z kolei zamek, bo akurat tak się ułożyły po drodze, czasem ciężko jest wytłumaczyć dzieciom, że jeszcze ten zobaczymy, bo jest piękny.
Mateusz: Żonie ciężko przetłumaczyć, a co dopiero dzieciom! (Śmiech) Ale na pewno wartościowy jest też kontakt z innymi kulturami, jak na przykład podczas naszej wizyty w Tunezji, państwie arabskim. Zwłaszcza jak się nie jedzie na all inclusive, a żyje w kamperze w miastach półpustynnych. Szaleństwo. Dla nas, dorosłych, zderzenie z inną cywilizacją jest ciekawe, a co dopiero dla dzieci.

Uroki Sycylii (arch. prywatne)

A co powiedzieliby Państwo innym rodzinom, które rozważają podobny styl życia? Mam tutaj na myśli połączenie podróży z samodzielnym kształceniem dziecka.

Nina: Nie jest łatwo, ale na pewno warto. Warto sprawdzić, bo to na pewno nie jest opcja dla każdego. Nie każdy dorosły, ale też nie każde dziecko, się w tym odnajdzie. Nasz Leoś początkowo był oporny, jeżeli chodzi o naukę, trzeba było z nim to wypracować. Podczas pierwszej podróży myślał, że wyjechaliśmy na wakacje i czasami nie mógł zrozumieć, że jego siostra idzie się bawić ze mną na plac zabaw, a on musi się teraz trochę pouczyć z tatą. Nie uczy się jakoś dużo, ale i tak myślę, że są dzieci, które nie dałyby rady w ten sposób funkcjonować.
Mateusz: Warto eksperymentować, sprawdzać. Warto korzystać z możliwości, które daje nam współczesny świat. Podróżowanie, praca zdalna, edukacja domowa jeszcze kilkanaście lat temu dla większości były fantastyką. A dzisiaj jest taka możliwość, więc jak ktoś ma taką potrzebę, to warto sprawdzić i przekonać się, czy jest to dobre rozwiązanie dla waszej rodziny.
My sprawdziliśmy, jesteśmy z tego zadowoleni, ale też nie należymy do osób, które całe życie będą jeździć i już zawsze uczyć dzieci samodzielnie. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

 

luty 2026

Monika Chorąży

Monika Chorąży

Absolwentka studiów magisterskich na kierunku Stosunki Międzynarodowe na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Od blisko 10 lat zaangażowana społecznie w tworzenie programu edukacyjnego dla dzieci i młodzieży, uczącego kreatywnego i krytycznego myślenia. Wielbicielka nieszablonowych rozwiązań, pracy projektowej oraz nauki poprzez doświadczenie. W pracy stawia na dobrą organizację, komunikację i współpracę z różnymi środowiskami.
Wpłać Darowiznę

Jeżeli nasze działania są dla Ciebie wartościowe, wesprzyj nas i miej wpływ na edukację domową w Polsce!