Rodzicielstwo w trzech słowach – wywiad z Kamilem Nowakiem (BlogOjciec)


Wywiadu dla Fundacji Edukacji Domowej udzielił autor bloga BlogOjciec (blogojciec.pl), Kamil Nowak – mąż, ojciec trojga dzieci i pedagog.

ASF: Od 6 lat prowadzi Pan blog o nazwie BlogOjciec, na którym dzieli się Pan swoim doświadczeniem ojcostwa. Pana blog cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Treści tam umieszczane stanowią ogromną pomoc i inspirację dla wielu rodziców. Jak powstał pomysł na tego typu działalności w Internecie? Czy zakładając blog, spodziewał się Pan takiego rozwoju strony i ogromnej rzeszy czytelników?

KN: Początkowo blog miał być raczej miejscem nieco bardziej wszechstronnym, podejmującym więcej tematów. Po pewnym czasie okazało się jednak, że to właśnie te „ojcowskie” wpisy są najchętniej czytane, a ja sam zauważyłem, że mam mnóstwo do nadrobienia w tym temacie, więc połączyłem jedno i drugie. Uczyłem się o tym, jak być lepszym rodzicem, a to, co uznałem za ciekawe, posyłałem dalej w świat właśnie na blogu. Dzięki temu mogłem zaobserwować, jak inni na to reagują i sam z czasem wiele się nauczyłem od moich czytelników – chyba przede wszystkim otwartości na różne podejścia.

Skąd czerpał Pan wiedzę na temat rodzicielstwa i budowania zdrowych relacji z dzieckiem? Czy konieczne jest przeczytanie wielu tomów książek i poradników, czy wiedza przychodzi sama wraz z doświadczeniem?

Myślę, że żadna wiedza nie spada na nas sama – ani w szkole, ani w rodzicielstwie, ani nigdzie indziej. Także nauka mi osobiście była potrzebna, bo nikt mi tej wiedzy, której potrzebowałem, wcześniej nie przekazał. Nikt mi nie powiedział, jak się opanować, gdy dziecko wyprowadzi mnie z równowagi, ani – tym bardziej – jak pomóc dziecku w takiej sytuacji. Już same rozmowy na temat emocji, na temat tego, co ja czuję, co czują dzieci – to była dla mnie totalna nowość. Wszystko zatem poznawałem, można powiedzieć, od podstaw – książki zdecydowanie, do tego blogi, vlogi, filmy… i dużo, dużo rozmów z innymi rodzicami, szczególnie tymi, którzy mają podobne doświadczenia.

Czy to prawda, że rodzicielstwo jest naturalnym stanem i wraz z narodzinami dziecka wiedza „wlewa się do głowy” i działamy intuicyjnie?

Wydaje mi się, że rodzicielstwo może być naturalnym stanem, jeśli my sami zostaliśmy wychowani tak, jak chcielibyśmy wychować nasze dzieci. Wtedy rzeczywiście wiedzę mamy już w sporej części zakodowaną i musimy ją tylko wydobyć. Gorzej, gdy chcemy zmienić nasze podejście, bo pamiętamy z dzieciństwa również te przykre chwile, w których czuliśmy się krzywdzeni, bici czy traktowani niesprawiedliwie i bez szacunku – wtedy ta droga jest dużo trudniejsza i sama nam się raczej cudownie nie objawi. Tutaj będziemy musieli grzebać i szukać odpowiedzi zanim trafimy na to, czego dokładnie poszukiwaliśmy.

Czy interesował się Pan wychowywaniem dzieci zanim został Pan ojcem?

Ani trochę. Ja w ogóle mało pojęcia o życiu miałem jako takim – w pracy byłem, powiedziałbym, pracowity nad miarę, robiłem to, co trzeba było, a później szukałem czegoś jeszcze. Zdarzało się, że zmieniałem pracę, bo w poprzedniej wykonałem wszystko, co mogłem w ciągu 6 miesięcy, a później dowiadywałem się, że to, co zrobiłem, poprzednia osoba robiła w sumie 3 lata. Niemniej w domu moje umiejętności ograniczały się do odkurzania raz w tygodniu i zrobienia sobie kanapki. Także do wychowania dzieci nadawałem się równie dobrze, jak do projektowania promów kosmicznych.

Gdyby miał Pan podsumować rodzicielstwo w trzech słowach, jakie by Pan wybrał?

Szacunek. Szczęście. Miłość.

Niedawno ukazała się Pana pierwsza książka „Idealny rodzic nie istnieje”. Jak pojawił się
pomysł na napisanie książki?

Przez lata tworzenia bloga poruszyłem tak wiele różnych tematów, że sam powoli zacząłem się w nich gubić. Do tego wiele osób, które dopiero co trafiały na bloga, pytało mnie o tematy, które już poruszałem, ale które nie były ułożone ani chronologicznie, ani tematycznie i nie były łatwe do odnalezienia. Książka była sposobem na zaradzenie temu i spisanie tej wiedzy w sposób uporządkowany. Dodatkowo chciałem też wyciągnąć rękę do tych wszystkich osób zrażonych typowymi poradnikami pełnymi specjalistycznego słownictwa i spisanymi nie zawsze w przyjaznej formie (mój rekord to czytanie jednego poradnika przez ponad 3 miesiące, bo strona lub dwie dziennie to był maks., jaki byłem w stanie przerobić ze względu na formę). Tymczasem wiele osób, w tym ogromna część ojców, wprost pisze, że nie tylko moja książka jest pierwszą książką o wychowaniu, którą przeczytali w całości, ale po jej lekturze mają zamiar wziąć się za kolejne. To pokazuje, jak wielkie znaczenia ma nie tylko sama treść, ale i forma właśnie.

Na blogu (a także w książce) pojawiają się treści dotyczące działania mózgu człowieka (głownie dziecka). Czy jest to temat, który szczególnie Pana interesuje? Czy wiedza z tego zakresu wpływa na relację z dzieckiem?

Myślę, że znajomość podstawowych faktów na temat rozwoju naszego mózgu, a także jego działania pozwala lepiej zrozumieć nam nie tylko dzieci, ale i samych siebie. Pozwala mniej się denerwować i szybciej uspakajać, a dla mnie osobiście były to dwa dość kluczowe obszary, nad którymi pracowałem i zresztą nadal pracuję.

Co sądzi Pan o alternatywnych metodach nauczania? Czy wdraża Pan elementy nauczania alternatywnego w przestrzeni domowej?

Jako nauczyciel z wykształcenia, który uciekł od swojego zawodu właśnie ze względu na jego niewielką otwartość na nowości, jestem zachwycony większością alternatywnych form nauczania i chociaż nie miałem możliwości z nich jeszcze skorzystać (niestety w naszej okolicy nie ma ani szkół demokratycznych, ani Montessori, ani w zasadzie żadnych alternatywnych), to bardzo mocno rozważam nauczanie domowe. Szczególnie odkąd nawet największe uniwersytety na świecie, takiej jak MIT (Massachusetts Institute of Technology) czy Harvard (Harvard University) wypowiadają się, że dzieci po takiej edukacji są lepiej przygotowane do życia zarówno intelektualnie, jak i społecznie.

Przesłanie książki, które do mnie trafiło najbardziej, to traktowanie dziecka z takim samym szacunkiem, jak w przypadku dorosłego człowieka. Co dla Pana znaczy „wychowanie z szacunkiem”?

W sumie nie jest to nic odkrywczego – chodzi głównie o to, aby traktować dziecko tak, jak traktowalibyśmy naszego przyjaciela czy nawet naszego sąsiada. Często pokazywany jest przykład zbitej szklanki, w którym na winne dziecko krzyczymy, że jest niezdarne i jeszcze dajemy karę, żeby to się nie powtórzyło, a do winnego sąsiada mówimy, że nic się nie stało i zaraz posprzątamy. Ten przykład dość mocno pokazuje, w czym tkwi problem i gdzie musimy zmienić nasze podejście. Dziecko w zasadzie ze względu na swój młody wiek i niewielkie doświadczenie jest jeszcze mniej winne niż sąsiad, więc tym bardziej nie powinno mu się okazywać mniejszego szacunku.

W książce pisze Pan o metaforze góry lodowej, która obrazuje proces powstawania emocji u dziecka. Zachowanie jest tylko jej wierzchołkiem. Cała reszta znajduje się natomiast pod powierzchnią, jest ukryta. Czy można nauczyć dziecko radzenia sobie z emocjami. Jeżeli tak, w jaki sposób?

Jak najbardziej można to zrobić, ale przede wszystkim musimy zacząć od siebie. Obecnie pokolenie w zdecydowanej większości niestety nie było tego nauczone, a jak wspomniałem wcześniej, nie jest to wiedza, która sama na nas spłynie. Musimy więc nauczyć się radzenia z naszymi własnymi emocjami, nauczyć się zarówno je odróżniać, jak i nazywać. Dopiero, jak sami to zrobimy, będziemy w stanie podzielić się tą wiedzą z dziećmi. Na szczęście są też na przykład bajki terapeutyczne (polecam m.in. „Krainę Uważności” i „Bajki o uczuciach”), które dotyczą konkretnych emocji i korzystając z nich, możemy się uczyć wyrażania tych emocji wspólnie z naszymi dziećmi.

Kim, według Pana, jest rodzic dla dziecka? Przewodnikiem, przyjacielem, wychowawcą, wszystkim po trochu? A może jego rola zmienia się wraz z wiekiem dziecka?

Myślę, że wszystkim po trochu, ale na pewno w różnym stopniu na różnych etapach dziecięcego rozwoju. Na początku jesteśmy głównie opiekunem, który dba o niemal wszystkie dziecięce potrzeby, by z czasem uczyć dziecko, jak może samo o te potrzeby zadbać, a pod koniec jesteśmy już raczej przewodnikiem/ autorytetem (jeśli nam się uda), który może wskazywać dziecku pewien kierunek, ale jest też świadomy, że decyzja dziecka nie zawsze będzie dokładnie taka, jakbyśmy tego oczekiwali.

Pokazuje Pan, że rodzicielstwo może być planem na życie i misją. Jak wypracować takie podejście? Czy można nauczyć się traktować w ten sposób swoją rolę jako rodzica?

Oj, tutaj byłbym ostrożny w traktowaniu rodzicielstwa jako misji, bo za bardzo kojarzy mi się z poświęcaniem się dziecku i podporządkowywaniem pod dziecko całego swojego życia. Wizja umęczonego rodzica, który się „poświęca” mnie przeraża, a niestety spotykam się z nią częściej, niż bym chciał. Nie dość, że rodzic jest wtedy wykończony, bo wszystko robi za dziecko, to jeszcze dziecko nie tylko tego nie docenia, ale i rośnie mocno roszczeniowe, kompletnie nieprzygotowane do życia w społeczeństwie. Później po zderzeniu z rzeczywistością albo od niej ucieka, popadając w depresję i uzależnienia, albo na siłę domaga się od wszystkich wszystkiego, w zamian nic nie oferując (taki skrajny socjalizm).

System kar i nagród to metoda, która przekazywana jest niekiedy z pokolenia na pokolenie jako najszybszy sposób wyegzekwowania posłuszeństwa u dziecka. Dlaczego nie jest skuteczna?

Przede wszystkim dlatego, że tak mówi nauka i badania przeprowadzane nawet na dorosłych ludziach. Badania dotyczyły zadań kreatywnych (czyli nie mówimy o pracy na taśmie). Wizja nagrody czy kary (które w sumie niewiele się różnią, bo często brak nagrody jest traktowany jak kara, a brak kary jak nagroda) szkodzi w wykonywanym zadaniu zamiast pomagać, bo ludzie rozpraszani są myślami o konsekwencjach.

Podobnie jest z dziećmi. Im bardziej boją się o rezultat, tym trudniej jest im opanować emocje, a im bardziej nieopanowane są emocje, tym częściej dzieci będą uciekać do rozwiązań prymitywnych, zakodowanych w mózgu pierwotnym (ucieczka, agresja, płacz). Jeśli więc zależy nam na tym, aby dziecko potrafiło zachowywać się dojrzale i podejmować dojrzałe decyzje, musimy postawić na wytłumaczenie mu, dlaczego coś warto robić, zamiast mamić go nagrodą. W końcu my przykładowo sprzątamy nasze pokoje nie dlatego, że czeka nas jakaś nagroda, tylko dlatego, że wiemy, jak ważny jest porządek. Dla nas nagrodą jest porządek sam w sobie. Czemu inaczej miałoby być w przypadku dzieci?

Poza tym warto też się zastanowić, co zrobi dziecko wiecznie nagradzane, gdy wyprowadzi się z domu i nagrody oferowane przez rodziców się skończą? Albo po prostu oczekiwania dzieci z roku na rok będą rosły (bo to normalny mechanizm przy nagrodach) i w pewnym momencie nie będziemy już potrafili im sprostać?

W książce „Idealny rodzic nie istnieje” pojawia się także kwestia klapsów oraz ich negatywnego wpływu na rozwój dziecka. Jak w kilku słowach przekonać rozmówcę, że przysłowiowy klaps jest formą przemocy wobec dziecka?

Można odwołać się do samej definicji przemocy, bo nie ma tam wyjątku zrobionego dla klapsa. 🙂 Ewentualnie można użyć analogii do picia alkoholu w czasie ciąży. Tak jak nie ma minimalnej dawki alkoholu w czasie ciąży, tak i nie ma minimalnej dawki przemocy wobec dzieci. A jeśli robimy dziecku krzywdę, to stosujemy przemoc. Nie ważne, w jaki sposób jest to argumentowane.

Gdzie rodzice mogą zaczerpnąć wiedzy na temat samego rodzicielstwa? Gdzie mogą szukać pomocy, gdy wydaje im się, że nie dadzą rady?

Myślę, że najlepiej zacząć od przedszkola czy szkoły, bo oni mogą wskazać wartościowych pedagogów czy psychologów. Ewentualnie można poszukać ich na własną rękę, chociażby z poleceń znajomych. Jak najbardziej można też szukać pomocy w książkach czy na blogach, bo to może dać nam pewne fundamenty, na których później łatwiej będzie się oprzeć, ale często jest to wiedza dość ogólna. Może nam pomóc zapobiec wielu problemom, ale nie zawsze jest w stanie je rozwiązać, jeśli już się pojawią. Dlatego też w przypadkach indywidualnych, w których sobie nie radzimy już na przykład od paru miesięcy, polecam poszukać wiedzy właśnie u specjalisty, najlepiej zaufanego, który będzie w stanie osobiście i bezpośrednio porozmawiać z nami i z naszym dzieckiem.

Z roku na rok zauważa się wzrost świadomości w zakresie wychowania (na szczęście). Czy mimo to jesteśmy skazani na powielanie błędów wychowawczych naszych rodziców?

Wydaje mi się, że my jesteśmy pokoleniem, które chyba ma najtrudniej, bo przechodzimy największą przemianę: od przemocy do jej braku. Uczymy się wychowywania dzieci w obustronnym szacunku. Wierzę, że jeśli my wykonamy dobrze swoją robotę, to kolejne pokolenia już będą miały pewne podstawy wypracowane dzięki swojemu dzieciństwu, a więc będą miały mniej błędów wychowawczych do powielenia. 🙂 Idealnie pewnie nie będzie nigdy, ale na pewno może być lepiej.

Jaki jest Pana największy sukces jako rodzica?

Przeżycie. Z resztą dam sobie radę. 😉

Na koniec może zechciałby Pan zdradzić, czy czytelnicy mogą liczyć na kolejną książkę? Jeżeli tak, czego będzie dotyczyła?

Obecnie w swoich planach postanowiłem skupić się nieco na innym obszarze moich zainteresowań, które darzę znacznie silniejszymi uczuciami niż poradniki, czyli grach planszowych i bajkach dla dzieci. W związku z tym coś na pewno się w tym roku pojawi, ale nie będzie to druga część książki. Chociaż w kolejnych latach tego nie wykluczam. 🙂

Z Kamilem Nowakiem (BlogOjciec) rozmawiała Aneta Sarnowska-Frank

Czy postanowienia noworoczne dzieci mają sens?


Nowy rok dla wielu jest okazją do wprowadzenia ulepszeń do swojego życia i podjęcia pracy nad obszarami, z których nie do końca jesteśmy zadowoleni. Planowaniu nowego roku towarzyszy często autorefleksja i podsumowanie osiągnięć z minionego roku.

Coraz częściej postanowienia noworoczne podejmowane są także przez dzieci. Można zastanawiać się nad tym, czy dziecięce postanowienia noworoczne w ogóle mają sens. Poniższy artykuł udowadnia, że niosą one za sobą wiele korzyści nie tylko dla dzieci, ale i dla całej rodziny.

Czego uczą postanowienia?

Postanowienia noworoczne pozwalają dziecku spojrzeć całościowo i krytycznie na osiągnięcia z poprzedniego roku, uczą oceny tego, co się udało i zwracają uwagę na obszary, nad którymi warto jeszcze popracować. Przede wszystkim są natomiast motywacją do osiągania wyznaczonych celów.

Zróbcie to razem!

Usiądźcie razem, podsumujcie wszystkie osiągnięcia dziecka z minionego roku – podkreśl sukcesy, nawet te najmniejsze (poznanie nowej literki, udział w zawodach sportowych, nauczenie się kilku słówek w obcym języku, pięknie wykonana praca plastyczna, pierwsza samodzielnie zrobiona potrawa). Warto skupić się na nabytych przez dziecko umiejętnościach i osiągniętych sukcesach.
Podsumujcie także Twój rok i wspólnie zastanówcie się, co warto ulepszyć w kolejnym. Wsłuchaj się w to, co mówi dziecko. Może zasugeruje Ci, że za dużo czasu spędzasz poza domem, za często korzystasz z telefonu, niepotrzebnie podnosisz głos albo pedantycznie podchodzisz do czystości w waszym domu? Wzięcie pod uwagę takich sugestii z pewnością poprawi waszą relację.

Postanowienia, a nie rodzicielska lista życzeń

Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że postanowienia mają realnie wpłynąć na życie dziecka, czyli powinny dotyczyć tego, co jest dla niego ważne i wykonalne. Nie powinna to być lista pobożnych życzeń rodzica: będę sprzątał pokój, wcześniej chodził spać, zdrowo się odżywiał, podejmował aktywność sportową, uczył się drugiego języka. To brzmi raczej jak kara i niewiele ma wspólnego ze świadomym podejmowaniem postanowień. Co więcej, lista rodzicielskich życzeń nie będzie raczej motywować do działania. Będą to jedynie kolejne wymagania.
Warto postawić na mocne strony dziecka – jeżeli lubi grać na instrumencie, to może warto podjąć postanowienie o nauce kilku utworów zagranych na nim, jeżeli lubi szachy, to może postanowieniem będzie wzięcie udziału w turnieju szachowym. Drugim biegunem jest natomiast eliminacja tych nawyków, które męczą dziecko – jeżeli brakuje mu snu, to może warto pomyśleć o wcześniejszej porze zasypiania.

Złoty środek

Czyli nie wszystko na raz. Zdrowe przekąski zamiast batonika, nauka języka obcego i szlifowanie słówek, aktywność sportowa, sprzątanie pokoju, to na tyle długa lista, że skutecznie powstrzyma dziecko od podejmowania jakichkolwiek postanowień przez kolejne kilka lat, szczególnie jeżeli rodzicowi przyjdzie do głowy, by z tych „postanowień” dziecko rozliczać.

Cel postanowień

Warto uświadomić dziecku, jaki jest cel noworocznych postanowień. Wyjaśnij, że postanowienia są dobrowolne i dziecko może je sobie zapisać po to, by o nich pamiętać.
Nie można zapominać o tym, że celem postanowień jest także, albo przede wszystkim radość i satysfakcja, a podjęcie postanowień przez dziecko powinno być dobrowolne i podjęte bez żadnego przymusu. Jeżeli dziecku nie uda się realizować podjętego postanowienia, warto porozmawiać o tym, co jest tego powodem. Być może podjęte wcześniej postanowienie okazało się zbyt trudne.

Postawcie na bliskość

Noworoczne postanowienia mogą mieć jeszcze jeden dodatkowy walor. Mogą być podejmowane wspólnie i służyć całej rodzinie. To świetna okazja, by zadbać o relacje i skupić się na tym, co jest dla was ważne. Wspólne głośne czytanie, rodzinne wyjście do kina raz w miesiącu, wspólne uprawianie sportu czy jeden wieczór w tygodniu z planszówkami na pewno pozytywnie wpłyną na relacje w waszej rodzinie!

Opracowała: Aneta Sarnowska-Frank

Czym jest zabawa malarska według Arno Sterna?


„Zabawę trzeba traktować poważnie, bo nie istnieje lepsza metoda uczenia się”.

Arno Stern, francuski pedagog, całe swoje życie poświęcił tej zasadzie, dzięki czemu wypracował innowacyjną metodę zabawy malarskiej. Według Sterna każde dziecko ma wrodzoną potrzebę zabawy i pragnienie wyrażania swojej ekspresji i spontaniczności przez rysunek.

Arno Stern zauważył, że dzieci, kreśląc pierwsze ślady na papierze, wykonują podobne figury (niezależnie od środowiska, w jakim przebywają). Pedagog podjął się obserwacji śladów pozostawionych na papierze przez dzieci. Podobne figury i kształty przedstawiane przez dzieci nazwał formulacją. Kształty te (czyli pozostawiony ślad) mogą mieć związek z pierwotną pamięcią dziecka sięgającą okresu prenatalnego.

Według Arno Sterna zabawa malarska powinna być nastawiona na indywidualizm dziecka, co oznacza zachowanie niezależności od opinii, sugestii i spostrzeżeń dorosłego. Wskazówki do zabawy malarskiej według Arno Sterna są następujące:

– dzieło dziecka nie powinno mieć narzuconego tematu – powinno uwidaczniać naturalną ekspresję i spontaniczność dziecka,
– to dorosły często sugeruje dziecku, że rysunek coś przedstawia (dla dziecka może być jedynie wyrażeniem stanu emocjonalnego lub zabawą), dlatego bardzo ważne jest, aby nie zadawać pytań typu: „Co to jest?”, „Co chciałeś/aś przedstawić?”,
– nie należy oszczędzać na materiałach plastycznych – dzieło dziecka powinno być traktowane tak samo jak dzieło dorosłego,
– malowanie nie jest kwestią jedynie talentu, ale jest naturalną potrzebą wyrażenia siebie.

Zadaniem dorosłego jest traktowanie twórczości dziecka z powagą i szacunkiem. Ważne jest, aby nie zadawać pytania o to, co przedstawia obraz (często to właśnie dorośli chcą przypisać mu określone obiekty). Chwalenie rysunku (czy też śladu) dziecka na papierze również nie jest wskazane, ponieważ dziecko zapamięta pochwałę i będzie malowało w taki sam sposób. Nieszczere i zdawkowe komplementowanie śladów zostawionych przez dziecko często prowadzi do ograniczenia jego kreatywności, dlatego też należy po prostu pozwolić dziecku się bawić i powstrzymać się od komentarzy czy sugestii.

Według Sterna należy wesprzeć dziecko (jeżeli samo poprosi o pomoc). Głównym zadaniem dorosłego jest natomiast nie przeszkadzać mu w procesie twórczym i nie komentować dzieła.
Podstawową zasadą zabawy malarskiej jest przyjęcie stanowiska, że dziecko nie maluje po to, by coś przedstawić (jest to perspektywa dorosłego), ale po to, by podjąć spontaniczną zabawę.

Malowanie może stać się prawdziwą zabawą tylko wtedy, gdy pozostanie wolne od oceny.

Jeżeli temat zabawy malarskiej Was zainteresował, koniecznie sięgnijcie po książkę Arno Sterna Odkrywanie śladu. Czym jest zabawa malarska.

Opracowała: Aneta Sarnowska-Frank

Co zrobić, żeby dziecko polubiło poezję?


Wesprzyj kreatywność swojego dziecka – namaluj z nim… wiersz.

Poezja jest ważną i piękną częścią kultury. Rozwija w dziecku poczucie piękna i estetyki. Jest również pretekstem do rozmowy o pięknie i wartościach. Poezja niestety często wydaje się trudna i niezrozumiała, a niekiedy nawet nudna i niepotrzebna. Istnieją różne metody pomagające dziecku odkryć poezję i doświadczyć jej na swój własny sposób.

Jedną z nich jest przekład intersemiotyczny. Polega on na zamianie jednego systemu znaków na inny. W praktyce może być to zamiana przekazu słownego (np. wiersza, fragmentu opowiadania) na plastyczny (np. rysunek, rzeźba). Metoda przekładu intersemiotycznego dotyczy różnych systemów znaków – także ruchowych (tj. gest, drama) i dźwiękowych. W przypadku przekładu przekazu słownego na plastyczny należy pamiętać, że metoda ta nie polega na stworzeniu ilustracji do wiersza, ale jest oddaniem ekspresji dziecka – jego emocji, przemyśleń, obrazów, jakie pojawiają się w wyobraźni podczas czytania utworu.

Przekład intersemiotyczny stosowany jest jako metoda pracy z tekstem literackim. Polega na przeanalizowaniu tekstu literackiego i wyrażenia komunikatu w nim zawartego za pomocą innego środka wyrazu – barwy, kształtu, dźwięku, gestu. Zadaniem dziecka po przeczytaniu utworu literackiego jest oddanie swoich uczuć, emocji i przemyśleń za pomocą innego rodzaju komunikatu, np. plastycznego. Ilustracja powinna być wykonana w formie zabawy, bez narzucania dziecku konkretnych wskazań do pracy. Ważne jest, aby wykonana praca była efektem samodzielnych przemyśleń i osobistego spotkania z tekstem (nawet jeżeli tekst wydaje się dziecku trudny i niezrozumiały).

Dopiero wykonana przez dziecko praca (lub scenka, film) staje się podstawą do dyskusji nad tekstem. Autor niezwykłej pracy może zaprezentować swoje dzieło, wyjaśniając motywację użycia konkretnych środków wyrazu. Warto również zadawać dziecku pytania, np. o intensywność i dobór kolorów, o poszczególne elementy zamieszczone w wykonanej pracy. Dzięki temu dziecko samo ma możliwość zastanowienia się, dlaczego tekst wywarł określone wrażenie.

Przekład intersemiotyczny jest rozumieniem tekstu przez własne doświadczenie. Dziecko ma możliwość wyrażenia swojej ekspresji i wrażeń bez wcześniejszego interpretowania dzieła literackiego. Dzięki temu możliwe jest podkreślenie indywidualizmu dziecka i wartości jego osobistego spojrzenia na tekst. Przekład intersemiotyczny stwarza również okazję do wyrażenia spontanicznej ekspresji.

Wyrażenie tekstu za pomocą innego środka przekazu ma wiele zalet. Poza rozwijaniem kreatywności i  wyobraźni dziecka jest również metodą kształcącą sprawność językową. Czytanie i analizowanie różnych kodów pozajęzykowych rozbudza chęć wypowiedzi i argumentacji.

Przekład intersemiotyczny stanowi również świetną zabawę zarówno dla dzieci, jak i rodziców. Im mniej oczywisty jest tekst, tym więcej pola do działania można zostawić małemu artyście. Rodzice mogą natomiast wesprzeć swojego twórcę, wybierając i czytając odpowiedni tekst oraz prowadząc dyskusję po wykonaniu pracy plastycznej. Taka forma pracy z tekstem sprawia, że poezja staje się przestrzenią kreatywnej zabawy, a nie niezrozumiałym tekstem, który można czytać jednym z góry ustalonym kluczem interpretacyjnym.

Gorąco zachęcamy do wypróbowania przedstawionej metody, biorąc udział w konkursie Fundacji Edukacji Domowej.

Szczegóły konkursu znajdują się poniżej:

Konkurs plastyczny „Jesień malowana słowami”!

 

Opracowała: Aneta Sarnowska-Frank