II Forum Edukacji Domowej i Demokratycznej w Poznaniu – fotorelacja


Nasza Fundacja miała przyjemność być partnerem II Forum Edukacji Domowej i Demokratycznej w Poznaniu. Wydarzenie to jest spotkaniem rodziców, dzieci, edukatorów, dyrektorów, pracowników naukowych, liderów i liderek zaangażowanych w środowiska edukacji domowej i demokratycznej. Podczas tegorocznego spotkania była możliwość wysłuchania poglądów na edukację blogerki, Weroniki Zimnej, która hakuje edukacyjną rzeczywistość i przedstawia swoją opinię na temat systemu edukacji.

Prelekcje prowadzili także przedstawiciele Przedszkola Domowo-leśnego i Wolnej szkoły „Na Bosaka” oraz psycholog z publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej przedstawiający specyfikę badania pod kątem nauczania domowego.

Ważną częścią wydarzenia były panele dyskusyjne rodziców, w czasie których rodzice dzielili się doświadczeniami edukacyjnymi swoich rodzin.

Podczas wydarzenia była możliwość wysłuchania także wystąpienia przedstawiciela naszej Fundacji. Przekazywaliśmy wiedzę dotyczącą tego, jakiego wsparcia w zakresie edukacji domowej rodzic może oczekiwać od szkoły i innych instytucji. Mówiliśmy o działaniach naszej Fundacji, przedstawiliśmy Katalog Szkół Przyjaznych Edukacji Domowej, zwróciliśmy uwagę na to, jakich rzeczy rodzic może wymagać od szkoły, do której dziecko zapisane jest w trybie edukacji domowej oraz przedstawiliśmy szereg różnych rodzicielskich inicjatyw stanowiących alternatywę dla szkolnej ławki.

W wydarzeniu uczestniczył także partner Fundacji – Centrum Nauczania Domowego, dzięki któremu rodzice mogli usłyszeć o internetowym wsparciu w edukacji dzieci i pomocach naukowych zamieszczonych na internetowej platformie.

Przekazywaliśmy także idee, w które wierzymy: nie trzeba być superbohaterem, żeby uczyć swoje dziecko w domu – już samo bycie rodzicem jest supermocą.
Forum było świetną okazją do wymiany doświadczeń i integracji. Wróciliśmy z głową pełną pomysłów, by jeszcze bardziej zaangażować się w działania na rzecz edukacji domowej w Polsce.

„Jak wykorzystać potencjał dziecka? Najlepiej nie przeszkadzać!” – wywiad z Angeliką M. Talagą, Godmother


Wywiadu dla Fundacji Edukacji Domowej udzieliła Angelika M. Talaga – edukator, neuropedagog, popularyzator nauki, żona i mama.

Działania Godmother skierowane są do rodziców i edukatorów, którym zależy na wychowaniu mądrych, kreatywnych i przedsiębiorczych dzieci, czyli krótko – dzieci wykorzystujących możliwie maksymalnie swój potencjał. Skąd wziął się pomysł akurat na taką formę działalności i skąd u Pani zainteresowanie edukacją alternatywną (bo to właśnie jej w dużej mierze dotyczy Pani blog)?

Będąc jeszcze nastolatką, marzyłam o posiadaniu zróżnicowanych kompetencji w wielu dziedzinach. Jestem dość wszechstronnie uzdolniona, stąd też przez wiele lat trudno było mi się ukierunkować. Szukając informacji o tym, jak ja sama mogłabym się rozwijać, trafiałam na treści związane z rozwojem dzieci: bo dzieci jest łatwiej nauczyć niemal wszystkiego, począwszy od języków po sporty wyczynowe. Obserwowałam otoczenie i coraz bardziej robiło mi się przykro. Wiedząc, co mogą zrobić mózgi dzieci, czego i jak szybko mogą się nauczyć – zauważyłam, jak wiele dzieci kompletnie marnuje swój potencjał już w pierwszych 10 latach życia. Pojawił się bunt i wielkie pytanie – dlaczego? System szkolny był jedną z odpowiedzi. Stąd zainteresowanie rozwojem dzieci jako takim oraz alternatywnymi formami nauczania.

Idea Pani bloga i właściwie całej działalności związana jest z przekonaniem, że to rodzic może wychować szczęśliwego dorosłego, jeżeli odpowiednio wykorzysta rodzicielski potencjał. Co według Pani znaczy być świadomym rodzicem?

To rodzic myślący i pokorny. Rozwijający się i poddający w wątpliwość zarówno metody wychowawcze własnych rodziców, jak i zalecenia szkoły. To rodzic, który chce się uczyć. Świadome rodzicielstwo to nie jest stan, który można osiągnąć. To jest podróż trwająca tak długo, jak długo ma się dzieci.

W jednym ze swoich podcastów wspomniała Pani, że jest zwolenniczką edukacji domowej, a nawet unschoolingu, który w Polsce jest obecnie nielegalny, choćby ze względu na to, że dziecko zobowiązane jest do podejścia do egzaminów klasyfikacyjnych. Co dla Pani jest najcenniejsze w unschoolingu i co z niego rodzic może „przemycić” do edukacji domowej?

Patrząc na człowieka ewolucyjnie wiemy, że tym, co nasz gatunek robi najlepiej na świecie, jest… uczenie się. Człowiek nie jest w stanie przestać się uczyć nawet na chwilę. W każdym momencie w historii ktoś gdzieś kogoś czegoś uczył. Uczymy się wszystkiego, co wydaje się potrzebne i interesujące. Dla odmiany, tkwiąc od kilku pokoleń w tak ustrukturyzowanej wersji „edukacji” wydaje się niemożliwe, by dzieci z własnej woli uczyły się fizyki i historii – ale ja wierzę i na coraz większej liczbie przypadków widzę, że właśnie tak się dzieje, gdy damy dzieciom wolność.

Co zatem można zapożyczyć z unschoolingu w homeschoolingu? Nie robić dzieciom z ED małej szkoły w domu! Nie dzielić wiedzy na przedmioty, tylko realizować konkretne zagadnienia w ramach większych projektów czy „problemów badawczych”. Nie narzucać kolejności przyswajania wiedzy, tylko pokazać pulę zagadnień do nauki, np. w danym semestrze. Jeśli egzaminy ustalone są za pół roku, to można sobie pozwolić na to, by zanurzyć się w jednej dziedzinie i tymczasowo zapomnieć o istnieniu innych. Jeśli pójdziemy za nawet szczątkowym zainteresowaniem dziecka – zakres wiedzy zaplanowany przez system na pół roku można opanować w kilka tygodni.

W swoich wypowiedziach często akcentuje Pani niewydolność systemu oświaty i szkodliwy wpływ szkoły na rozwój dziecka. Jakie dostrzega Pani zatem wartości edukacji domowej, które pozytywnie oddziałują na dziecko?

Wydaje mi się, że daje więcej wolności dziecku i rodzicom. Taką wolność można wykorzystać na wiele sposobów. Można uczyć się w innym tempie dostosowanym do swoich możliwości. Można koncentrować się na tych „przedmiotach”, których nauka sprawia więcej frajdy.

Czasu jest więcej, bo w szkole cała otoczka i administracja powodują, że próba nauczenia programu obowiązkowego zajmuje 5-7 h dziennie. Tego samego w domu możemy nauczyć się w 2-3 h. I w końcu jest czas na realizowanie swoich pozaszkolnych zainteresowań, czy nawet czas na zwykłą nudę, by te zainteresowania odkryć. Czas na nudę to dziś dla dzieci rarytas.

Kolejnym pozytywem jest możliwość naturalnego uspołeczniania się. Uspołecznianie się w szkole działa na zasadzie:

1) podzielimy dzieci według daty produkcji,
2) wrzucimy do 30-osobowych klas,
3) nie damy możliwości interakcji, bo będą patrzeć na nauczyciela i pracować indywidualnie,
4) a jak ktoś nie odnajdzie się w tej grupie, to będzie się musiał kilka lat przemęczyć.

Tymczasem w normalnym świecie dobieramy sobie przyjaciół pod kątem temperamentu, zainteresowań, tego, co nas łączy, etc. I co ważne – uczymy się zachowań społecznych od starszych i przy młodszych. Dziecko, które dopiero poznaje, czym są zasady moralne, normy społeczne, etc., przebywając w grupach mieszanych wiekowo, może obserwować starszych i od nich się uczyć. Jednocześnie przebywa z młodszymi i stanowi dla nich wzór do naśladowania, służy pomocą i może uczyć się odpowiedzialności. Bezcenne doświadczenia. W przedszkolach i szkołach dzieci uczą się świata od rówieśników, czyli osób, które o życiu wiedzą mniej więcej tyle samo. Jak to się kończy, wszyscy wiemy: w przedszkolu dzieci uczą się pluć i gryźć, a w podstawówce przeklinać.

Jest Pani neuropedagogiem. Czy mogłaby Pani wyodrębnić te możliwości edukacji domowej, które szczególnie wpływają na rozwój mózgu dziecka?

Pierwsze, co nasuwa się na myśl, to ograniczenie czynników stresogennych. Pod wpływem zbyt dużego stresu nie ma prawa zajść proces uczenia, a stresorów w szkole jest co niemiara. Zaczynając od ocen (groźba nie tylko jedynki, ale nawet czwórki będącej oznaką, że nie zrobiliśmy dobrze wszystkiego, co należało zrobić), poprzez nieustanne testowanie (kartkówki, sprawdziany czy słynne odpytywanie pod tablicą), aż po presję rówieśniczą i chorobliwe ambicje rodziców (głównie w kontekście olimpiad i świadectw).

Lekki stres, motywująca adrenalina mogą być świetnym elementem wspomagającym naukę. Niestety w szkole mamy zwykle do czynienia z tym destrukcyjnym stresem, a często nawet chronicznym.

Kolejny aspekt to możliwość działania zgodnie z tym, co lubi mózg: czyli uczy się w takim tempie, w jakim potrzebuje i akurat tego, co go interesuje w danym momencie. W szkole uczę się o 12:00 matematyki, a o 14:00 biologii – czy mi się to podoba, czy nie. Dział z funkcji omawiamy przez tydzień i nikogo nie interesuje, że przydałyby mi się dwa dni (albo tygodnie) dodatkowe do przećwiczenia i zrozumienia w pełni. W dobrze prowadzonej edukacji domowej mamy więcej wolności i mimo obowiązku zrealizowania podstawy programowej, uczeń ma możliwość dostosowania tematu i tempa do siebie.

Te dwa przykłady to oczywiście kropla w morzu. Dobrze wykorzystana wolność, dobranie odpowiednich metod uczenia się – na pewno dadzą dużo więcej korzyści, niż standardowa szkoła kiedykolwiek była w stanie.

Jak rodzic bez takiego wykształcenia może wpłynąć na rozwój mózgu dziecka i wykorzystać jego potencjał?

Najlepiej zacząć od słuchania mojego podcastu i czytania bloga! 🙂 A poza tym, naszym celem jako rodziców czy opiekunów powinno być to, by dzieci nas przerosły. Więc jakkolwiek rodzic nie byłby wykształcony – i tak zaraz wyjdą „braki”. Nie pamiętamy całego materiału z własnej szkoły, dzieci będą się chciały rozwijać w dziedzinach dla nas nowych – to wszystko powoduje dwie rzeczy. Po pierwsze, dorosły musi się edukować na bieżąco równolegle z dzieckiem (a i tak dziecko go przegoni). Po drugie, musimy nauczyć dziecko zdobywania wiedzy. Czy to u korepetytora, guwernantki, w Internecie, książkach – wiedza jest w naszym zasięgu, a edukacja domowa nie oznacza, że ma ją przekazywać rodzic i wchodzić w rolę nauczyciela.

Jak rodzic może pomóc dziecku wykorzystać potencjał? Najlepiej nie przeszkadzać.

Na swoim blogu przedstawia Pani różne alternatywne nurty wychowania, między innymi metodę Montessori, neuroedukację, pedagogikę waldorfską czy edukację demokratyczną. Czy rodzic uczący dziecko w domu ma szansę skorzystać z tych metod, czy konieczne jest posłanie dziecka do szkoły specjalizującej się w danym nurcie edukacji? Jeżeli może, to w jaki sposób?

Oczywiście, że może. Wymaga to trochę edukacji, ale myślę, że warto, bo poświęcony czas później się zwróci. Zaznajomiwszy się z tymi systemami (neuroedukacja jest raczej dziedziną nauki niż nurtem wychowania), rodzic może wybrać te elementy, które wydadzą mu się praktyczne, rozwojowe, ciekawe czy wygodne. Przykładem mogą być metody organizacji nauki z planu daltońskiego czy narzędzia do nauki matematyki z pedagogiki Montessori. Jak to zrobić? Na szczęście w XXI wieku opcji mamy ogrom – książki, szkolenia, blogi, fora, grupy na Facebooku. Należy szukać właśnie tych tematycznych i podglądać, jak dana metoda jest wykorzystywana w praktyce. I jeśli coś zaciekawi i nas, i dziecko, należy testować, bawić się formą nauki.

Przeciwnicy edukacji domowej wojują stale tym samym orężem. Wciąż słyszy się pytanie: „Co z socjalizacją dziecka?”. Czy szkolna socjalizacja rzeczywiście tak dobrze wpływa na rozwój dziecka, a później także dorosłego człowieka, że należy obawiać się braku kontaktu z kilkunastoma (lub kilkudziesięcioma) rówieśnikami w szkolnej klasie?

Prawda, klasyk gatunku. I jakie zdziwienie na twarzach widzę nieustannie, jak mówię, że jest dokładnie odwrotnie. Szkoła socjalizuje dzieci w patologiczny sposób, to znaczy narzucając grono rówieśników. Dzieci mają ten sam rocznik produkcji (przepraszam, ale tak to trochę w szkole wygląda), a każdy uczeń może mieć inne zainteresowania, dojrzałość czy system wartości. I czy naszemu dziecku się to podoba, czy nie – w tej klasie posiedzi jeszcze kilka lat. Patologiczny aspekt dotyczy jednak wieku. W naturalnej sytuacji i socjalizacji młody człowiek powinien znajdować się w towarzystwie mieszanym wiekowo. Wówczas obserwuje, jak w podobnych sytuacjach zachowa się starzec, pani z teczką, pan z zarostem, młokos i dzieciak. Ma wtedy szansę obiektywnej obserwacji i zbudowania własnego zdania czy poglądu. W szkole uczy się wzorców postaw i zachowań od rówieśników, czyli osób równie niedoświadczonych jak on sam. Mieszana społeczność daje więc lepsze wzorce zachowania, ale też możliwość samodzielnego wykazania się wiedzą i wzorcową postawą – bo nawet 8-latek będzie wzorem dla przedszkolaka. W szkolnej klasie znów: nie ma tego poważania, nie ma możliwości wykazania się.

Edukacja domowa ma tę zaletę, że dziecko może dobierać sobie otoczenie: dołączyć do klubu szachowego, grupy teatralnej, szkółki niedzielnej czy chodzić na basen. Wszędzie tam ma szansę spotkać ludzi w różnym wieku, ale za to z podobnymi zainteresowaniami i systemem wartości.

Bez wątpienia negatywne myślenie o edukacji domowej często wynika z braku wiedzy na ten temat. W jednym z podcastów mówiła Pani o tym, że nawet nauczyciele i pedagodzy nie wiedzą, jak w praktyce wygląda edukacja domowa, a nawet więcej – nie wiedzą, czy jest w Polsce legalna (sic!). Czy ma Pani jakiś pomysł na to, jak zmienić takie podejście i zacząć przedstawiać edukację domową taką, jaką rzeczywiście jest?

Wydaje mi się, że tylko ruch oddolny, własny dobry przykład i zaprzestanie wojowania. Edukacji domowej czy w ogóle alternatywnej nikomu się nie narzuci. Chcąc udowodnić, że jedna forma nauczania jest lepsza od innej, dużo ryzykujemy, bo to trochę tak, jakby powiedzieć „popełniłeś błąd, wysyłając swoje dziecko do zwykłej szkoły, krzywdzisz je i twoje dziecko będzie głupsze/ gorsze niż moje”. A przynajmniej to może słyszeć rodzic, dla którego retoryka „złej publicznej szkoły” jest nowa.

A pozytywny przykład z kolei działa zachęcająco. Za chwilę być może sami usłyszymy pytanie „jak to robisz, że twoje dziecko jest takie samodzielne/ tak lubi matematykę”? I wtedy jest czas na dzielenie się naszą wiedzą i doświadczeniem – gdy natrafiamy na podatny grunt.

Czy Pani zdaniem edukacja alternatywna, w tym nauczanie domowe, mają szansę stać się systemem ogólnie przyjętym i powszechnym? Czy w ogóle możemy mówić o czymś takim jak edukacja powszechna?

Mam nadzieję, że nie. Jestem uczulona na wszystko, co jest „ogólnie przyjęte i powszechne”. Każde dziecko jest inne, uczy się inaczej, chce się uczyć czegoś innego i po coś innego. Jeśli każde dziecko wrzucimy do edukacji domowej, nie mamy pewności, że wszyscy będą z tego powodu szczęśliwi. To, co mi się natomiast marzy, to wolność wyboru. Edukacja domowa nie jest łatwa w naszym kraju, bo wciąż mamy podstawę programową i egzaminy. Ale jest legalna, o czym niektóre kraje tylko marzą. Idąc dalej, chciałabym, by rodzice decydujący się na unschooling, nie byli ścigani przez biurokratów. Pięknie byłoby również, gdyby dać wolnemu rynkowi potworzyć trochę szkół i systemów, nie pętając ich od razu kuratoriami i tabelkami do wypełniania. Kto wie, jak ciekawe szkoły by powstały!

Co sądzi Pani o ocenach w systemie domowym? Jeżeli dziecko uczy się w domu, to czy jego praca i wykonane zadania powinny zostać w jakiś sposób ocenione przez rodzica? Jak prawidłowo skonstruować informację zwrotną dla dziecka (pochwałę lub dezaprobatę)?

Absolutnie nie należy wprowadzać ocen! Po to wynosimy się ze szkoły, by tych błędów systemowych uniknąć. Dziecko w ogóle nie potrzebuje ocen, by się uczyć. To dorosły o nie zabiega. Dla systemu wystarczą oceny na obowiązkowych egzaminach i najlepiej, jeśli na tym zakończymy.

Informacja zwrotna dotycząca postępów w nauce to kwestia bardzo złożona, bo informacją może być owszem ocena, ale jest nią również uśmiech lub cmokanie z dezaprobatą. Udzielanie informacji zwrotnej i jej formy interesują mnie na tyle, że rozważam to jako temat pracy naukowej i uwierzcie – nie będzie miała jednego czy dwóch akapitów! 🙂 Ale jeśli mogę podpowiedzieć coś na szybko – wyrzućmy z domu czerwone długopisy i zastąpmy je zielonymi. Na zielono zaznaczmy dziecku wszystko, co wykonał wyśmienicie. Każda prosta literka, poprawnie zapisane słowo, dobrze wyliczone zadanie. Informacja krzycząca „zobacz, to zrobiłeś dobrze, tym się kieruj w kolejnych próbach”.

Alternatywą do szkolnego systemu oceniania jest ocenianie kształtujące. Czy uważa Pani, że ten system oceniania może się sprawdzić?

Ocenianie kształtujące jest już nawet często używane w zwykłych placówkach szkolnych, szczególnie w szkołach podstawowych. I jest zdecydowanie lepszą opcją niż ocenianie dzieci w skali 1-6. Jeśli jednak mogę pozwolić sobie na idealizm – wolałabym w ogóle zrezygnować z oceniania i zastosować w miarę możliwości informację zwrotną w formie, która nie nadwyręża motywacji wewnętrznej dzieci. No i rodzice muszą do tych nowych form „dorosnąć”. Zdarza się zbyt często, że po wywiadówce rodzic podchodzi do nauczyciela z oceną opisową i dopytuje „a to, co tu pani napisała, to jest takie bardziej na piątkę czy na czwórkę?”.

Na blogu porusza Pani często kwestie finansowe dotyczące choćby kieszonkowego, ale także dość kontrowersyjną kwestię dotyczącą tego, że rodziny zamożne są w stanie lepiej wychować dziecko. Czy edukacja alternatywna jest tylko dla osób majętnych?

Och tu taki duuuuży skrót myślowy! 🙂 Zgadza się, nagrałam podcast, w którym opowiadam o wynikach badania, które pokazało, że rodzice majętni wychowują dzieci lepiej. Nie chodziło tu bynajmniej jednak o samą zawartość portfela, tylko o postawę wobec społeczeństwa. Rodzice majętni czuli się równymi członkami społeczności, tymczasem rodzice gorzej sytuowani odczuwali duży respekt, a czasem wręcz strach wobec tak zwanych autorytetów, czyli policji, lekarza czy nauczyciela. W ten sposób rodzic ubogi przekazywał dzieciom subiektywne postrzeganie rzeczywistości – stan umysłu, który od początku sytuował je jako osoby, które nie powinny zabierać głosu niepytane, a więc i nie walczyć o swoje.

Odpowiadając na drugą część pytania – edukacja alternatywna jest absolutnie dla każdego. Pieniądze pozwalają na większy wachlarz jeśli chodzi o możliwości, jakie mamy, ale jeśli możliwości mamy niewiele, a potrzeba ED ogromna – to i sposób się znajdzie. Oczywiście, jeśli jeden rodzic zarabia na tyle, by drugi mógł zostać w domu z dzieckiem – super. Jeśli oboje pracują i mogą pozwolić sobie na opiekę babci albo jeden z rodziców może pracować zdalnie – super. Ale historii jest tak wiele, jak wiele jest rodzin i jeśli ktoś uważa, że to pieniądze są tym jedynym faktorem, który uniemożliwia edukację domową, to uważam że korzysta z wygodnej wymówki, by nie musieć podjąć tego pierwszego kroku. Powtórzę: kiedy jest potrzeba, znajdzie się i sposób.

Jaki, według Pani, błąd wychowawczy przysłowiowo woła o pomstę do nieba? Czy jest coś takiego jak błąd kardynalny, którego należy się za wszelką cenę wystrzegać?

Prawdopodobnie zapytana o to w różnym czasie, udzieliłabym innej odpowiedzi, bo elementów wychowania, jakie można by poprawić jest wiele. Jednym z zachowań na mojej czarnej liście jest kastrowanie dziecka z możliwości samostanowienia i samodzielności. Słowem, wyręczanie dziecka ze wszystkiego, począwszy od karmienia łyżeczką do 5 roku życia, przez ubieranie dziecka od stóp do głów do 9 roku życia („wiem, że on umie, ale ja zrobię szybciej/ dokładniej”), aż po odrabianie z dzieckiem lekcji aż do liceum. I jeśli czytelnik się zgorszył – potwierdzam, znam na pęczki takich rodziców, którzy wychowują dziecko właśnie w taki sposób. Efekt jest oczywisty – ofiara losu; dziecko czujące paraliż przed podejmowaniem jakichkolwiek samodzielnych decyzji.

Jest Pani mamą dwojga dzieci, które jeszcze nie osiągnęły wieku szkolnego. Czy chciałaby się Pani podzielić swoimi planami dotyczącymi edukacji dzieci? Nie pośle ich Pani do państwowej szkoły, to raczej pewne, którą z alternatyw preferuje Pani najbardziej?

Dobrze podejrzewacie, prędzej mi kaktus wyrośnie na ręce, nim poślę dzieci do standardowego przedszkola albo standardowej szkoły z dzwonkami i ocenami. Mam jeszcze kilka lat, bo starsza córka ma teraz 2,5 roku, więc jeszcze mogę zmienić zdanie, ale póki co rozważam dwie opcje. Jeśli będziemy jako rodzina mieli w miarę stałe miejsce zamieszkania i będzie to miejscowość, w której znajduje się szkoła przeze mnie akceptowana, to poślę do szkoły alternatywnej. Na pewno taka opcja byłaby w Poznaniu, Warszawie i USA – a to trzy miejsca, jakie biorę pod uwagę dziś, myśląc o miejscu zamieszkania za te 5 lat. Jeśli jednak wiek szkolny „zaskoczy nas” w podróży czy w tymczasowym miejscu zamieszkania, wtedy oczywiście edukacja domowa. Biorę też pod uwagę mix, czyli ED przez pierwsze lata, a później szkoła alternatywna.

Przedszkole też brałam pod uwagę, podobały mi się na przykład oferty przedszkoli leśnych. Na pewno z góry odrzucam placówki, które podają dzieciom do jedzenia biały chleb czy biały cukier, a to niestety wciąż większość. Obecnie mieszkam w Londynie i kusi mnie możliwość zatrudnienia hiszpańskojęzycznej niani, by wprowadzić maluchom trzeci język.

Na koniec chciałabym prosić Panią o podzielenie się swoim doświadczeniem. Godmother powstało już w 2011 r. Od tego czasu stara się Pani uświadamiać rodziców i uwrażliwiać ich na rozwój dziecka. Czy zaobserwowała Pani jakieś zmiany w mentalności rodziców przez kilka lat swojej działalności zawodowej?

Tak, wydaje mi się, że rodzice, którzy dziś mają dwadzieścia kilka lat, mają mniej skrupułów. Kilka lat temu częściej widziałam postawy typu „dziecko nie jest ze szkoły zadowolone, ja też nie, chcielibyśmy coś zmienić, no ale jak to wytłumaczyć rodzinie, sąsiadom, nauczycielom, wszyscy będą się pytać i wytykać palcami”. Teraz ocena otoczenia również jest brana pod uwagę, ale nie jest kluczowa czy determinująca. Dzisiejsi rodzice są też bardziej otwarci na wszelkie formy rozwoju osobistego. Coraz częściej rozumiemy, że aby być dobrym rodzicem, my sami musimy się rozwijać.

Z Angeliką M. Talagą (Godmother.pl) rozmawiała Aneta Sarnowska-Frank

Terapia bajką czy bajkoterapia


Źródło: Europejskie Centrum Bajki

„O Tobie ta bajka mówi pod zmienionym adresemˮ
– Horacy

Rozpoczynając ten artykuł przytoczyłam cytat Horacego, starożytnego liryka i poety rzymskiego, który zamieszczając w jednej z Satyr powyższy cytat nie zdawał sobie zapewne sprawy z tego, że będzie on nadrzędnym mottem bajek terapeutycznych. Ta niezwykła moc zaklęta w słowach bajek, daje początek tworom literackim nazywanym raz bajkami terapeutycznymi innym razem bajkami pomagajkami, ale bez względu na nazewnictwo mającymi jeden wspólny cel, mającymi służyć pomocą jako forma terapii pedagogicznej.

Bajkoterapia stanowi odłam biblioterapii i polega na wykorzystaniu bajek, baśni w celach terapeutycznych, edukacyjnych czy relaksacyjnych. Bajki w klasycznym pojęciu, to krótkie opowiadania, często wierszowane, w których bohaterami są zwierzęta, ludzie czasami rośliny lub przedmioty
i zawierają swoisty morał, pouczenie, wypowiedziany wprost albo dobitnie zasugerowany.
Według Brunona Bettelheima bajki i baśnie mają zadanie: wyjaśniające, inspirujące, uspokajające
a także jak wynika z powyższej definicji pouczające. Kreują umiejętność odróżniania dobra od zła, pozwalają na zrozumienie sytuacji i problemów pojawiających się w życiu, z którymi dotąd dzieci nie miały styczności. Oddziałują na psychikę poprzez identyfikację z pozytywnym bohaterem, pozwalają rozpoznać wewnętrzne potrzeby dziecka, wspierają rozwój osobowości. Ponad to stanowiły bazę
do bajkoterapii, o czym pisał Horacy „O tobie bajka mówi pod zmienionym imieniemˮ.

Za pomysłodawczynię metody bajkoterapii uważa się australijkę Doris Brett (psychologa klinicznego), która w 1988 roku opublikowała zbiór bajek zatytułowany „Opowiadania (dla) Ani. Szczególny rodzaj opowiadaniaˮ. Bohaterką historyjek jest Ania. Mała dziewczynka przeżywająca różne sytuacje sprzyjające powstawaniu wszelkiego rodzaju lęków. Każda historia ma pomyślne zakończenie i ma pomóc w niwelowaniu dziecięcych strachów. W Polsce zbiór ten został wydany po raz pierwszy w 1992 roku pod tytułem „Bajki, które lecząˮ. A zatem bajki pomagajki to historie świadomie skonstruowane
i napisane tak by dzieci odnajdywały w nich cząstkę siebie, swoich uczuć, emocji i problemów z którymi się borykają. Bajki terapeutyczne pisane są prozą, w przeciwieństwie do klasycznie rozumianej bajki nie niosą ze sobą żadnego morału, akcja rozgrywa się we współczesnym świecie. Pozwalają dostrzec dziecku, że nie jest ono jedyne i odosobnione ze swoimi troskami, lękami, emocjami. Bajki te mówią dziecku, że nie trzeba się bać, wstydzić i okazywać smutku, te uczucia są jak najbardziej autentyczne
i normalne, ponieważ inni też ich doświadczają. Wielość funkcji jakie pełni bajka terapeutyczna jest wprost zadziwiająca.

W bajkoterapii można wykorzystywać bajki już opublikowane lub napisane samodzielnie. W przypadku bajki, której celem jest profilaktyka autorem może być rodzic. Jeśli bajka ma pełnić inną funkcję np. wspierającą lub terapeutyczną warto sięgnąć po gotowe publikacje przygotowane przez specjalistów
z dziedziny; psychologii, pedagogiki, socjologii, psychoterapii.

A zatem prostym też staje się odpowiedź na pytanie. Dzieciom w jakim wieku dedykowane są bajki terapeutyczne? Jedna z czołowych autorek bajek terapeutycznych M. Molicka pisze, że dla dzieci
w wieku od 4 do 9 lat. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby treść bajek poznawały również starsze dzieci. Nieprzypadkowo za dolną granicę wieku adresata przyjmuje się 4 rok życia. Dzieci w tym wieku nabywają bardzo ważną umiejętność, która pozwala na prawidłowy odbiór terapeutycznego przekazu bajki. Zdolność ta, tzw. decentracja interpersonalna, wiąże się z myśleniem o tym, co w danej sytuacji mogłaby pomyśleć inna osoba. Ponadto dziecko pomiędzy 4. a 5 rokiem życia coraz lepiej rozumie siebie i to, co je otacza, potrafi tłumaczyć sobie zachowania innych.

Cechy charakterystyczne bajki terapeutycznej:

Wszystkie bajki terapeutyczne mają cechy wspólne takie jak:
– Tło bajki
Akcja bajki musi się rozgrywać w miejscach znanych dziecku, tak by budzić pozytywne uczucia
u bohatera i dziecka
– Główny bohater
Postać głównego bohatera, z którym dziecko może się identyfikować a zatem widzi odbicie swoich trosk, przeżyć, lęków, co pomaga mu obrać właściwą strategię uporania się z nimi.
Bohaterem jest zazwyczaj dziecko w wieku zbliżonym do jego, lecz nie posiadające identycznych cech takich jak wygląd czy imię. Obserwując takie zachowanie bohatera, u dziecka wzmacnia się poczucie własnej wartości, a także rozwija umiejętność pozytywnego myślenia. Dziecko uczy się radzenia sobie
w trudnych sytuacjach: bohater tak zrobił to ja też mogę.
– Inni bohaterowie
Pomagają zwerbalizować lęk, uczą jak sobie z nimi radzić, często przyczyniają się do sukcesu głównego bohatera. Wprowadzają nastrój optymizmu, miłości, akceptacji i zrozumienia. Zachęcają swojego bohatera do otwarcia się, mówienia o własnych lękach.
 - Główny temat
Opis problemu oraz tego, co w danej sytuacji odczuwa bohater, czego się boi, co w nim wzbudza lęk. Pozwala dziecku zrozumieć, jakie są przyczyny odczuwania takich emocji i co dzieje się z głównym bohaterem.
– Konstrukcja
Oparta na metaforze sytuacji, w której znajduje się odbiorca bajki.
– Rozwiązanie problemu (oswajanie)
Eksponowanie bodźców lękotwórczych oraz łączenie ich z emocjonalnie pozytywnymi bodźcami. Celem jest pokazanie jak bohater radzi sobie z danym problemem, co robi, jak działa, jakie wzorce zachowania prezentuje. Dochodzi wówczas do oswojenia z lękiem, stworzenie dystansu do sytuacji
i pokonanie emocji o negatywnej barwie.
– Brak morału
– Pozytywne zakończenie
Lub takie zakończenie, które pozwoli na obniżenie napięcia oraz zaakceptowania odczuwalnych emocji, jak w przypadku bajek o śmierci.

Rodzaje bajek terapeutycznych

Ze względu na pełnione funkcje wyróżniamy trzy rodzaje bajek terapeutycznych:
– relaksacyjne
– psychoedukacyjne
– psychoterapeutyczne

Bajka relaksacyjna

Celem bajki relaksacyjnej jest uspokojenie, wyciszenie dziecka, wprawienie go w stan odprężenia, koncentracji oraz regulowanie jego rytmu pracy i zabawy. Akcja takiej bajki rozgrywa się w miejscu znanym dziecku, w miejscu, które jest bezpieczne, przyjazne i spokojne. Tuż przed jej opowiadaniem, zadaniem czytającego jest wprowadzić dziecko w stan rozluźnienia. Istotnym jest by bajka oddziaływała na słuch, wzrok i czucie dziecka. Struktura słuchowa ma wywołać wrażenia typu: słyszysz szum morza, szelest liści; wzrokowa: widzisz nadciągające chmury; czuciowa: wchodzisz do ciepłego jeziora, kuchni pachnącej pieczonym ciastem. Taka bajka ma być dość krótka. Jej opowiadanie powinno trwać od 3 do 7 minut.

Bajka psychoedukacyjna

Jej głównym celem jest ujarzmienie negatywnych emocji poprzez reinterpretację, czyli zmianę sposobu myślenia o nich. Opowiadania tego typu świetnie sprawdzą się do przygotowana dziecka przed ewentualną trudną sytuacją jaką może być: pobyt w szpitalu, zmiana szkoły czy przeprowadzka. Ma za zadanie wprowadzać zmiany w zachowaniu dziecka, wskazać mu nowe wzory postępowania oraz reagowania emocjonalnego ukazać inne spojrzenie na sytuację lękową.

Jest to możliwe za sprawą bohatera bajki przeżywającego problem zbliżony do tego, z którym boryka się dziecko. Bajki psychoedukacyjne bogate są w metafory. Elementem towarzyszącym bajce psychoedukacyjnej jest aktywność plastyczna, która zachęca dziecko do zilustrowania swoich emocji.

Bajka psychoterapeutyczna

Działa w obrębie już nabytych negatywnych przeżyć, emocji i lęków. Treść ich musi być głęboko zakorzeniona w sytuacji w jakiej aktualnie znajduje się dziecko, bądź , w której znalazło się niedawno np. rozwód rodziców, śmierć bliskiej osoby, zmoczenie nocne. W oparciu o ten typ bajek zmierzamy do redukcji: lęku, poczucia wstydu, winy, zażenowania, poniżenia, gniewu czy złości a więc uczuć związanych z tymi negatywnymi przeżyciami. Dziecko poznaje i obserwuje uczucia w kontekście społecznym by finalnie zobaczyć je u siebie a na koniec uświadomić sobie, że innym też zdarza się być w podobnej sytuacji.

Fabuła bajki psychoterapeutycznej jest rozbudowana, zawiera elementy baśni i bajki psychoedukacyjnej uzupełnione o takie mechanizmy wpływające na słuchacza jak: naśladownictwo
i identyfikacja z sytuacją i bohaterem.

Bajkoterapia stanowi propozycję działań terapeutycznych dla dzieci w każdym wieku skierowanych do przedszkolaków jak też do dzieci w młodszym wieku szkolnym.

Szczególny jednak wpływ, ma na maluchy uczęszczające do przedszkola, bowiem na tym etapie rozwoju, głęboko wierzą w magiczny świat , który obecny jest nie tylko w zwykłych bajkach ale również terapeutycznych.

Wiek przedszkolny to doskonały czas do rozbudzania w dziecku ciekawości poznawania świata, nauki wartości i właściwego postępowania. Umiejętność jaką nabywają dzieci w wieku przedszkolnym ‒ decentracja interpersonalna pozwala im na identyfikowanie się z głównym bohaterem, z którym mają tak wiele wspólnego, przede wszystkim problem. Potrafią zrozumieć, że problemy, z którymi się borykają są znane innym dzieciom. Postać głównego bohatera pomaga uporać się z nimi. Z własnymi emocjami, obawami i lękami. Bajki terapeutyczne pozwalają dziecku zapoznać się z wachlarzem ludzkich emocji nie wspominając już o rozwoju wyobraźni, zasobu, zasobu słów czy myślenia. Bajki terapeutyczne to narzędzie dające podstawy do budowania dziecięcego świata wartości.

Bo mówiąc słowami H.CH. Andersena „Właśnie z rzeczywistości rodzi się najdziwniejsza bajka
w świecieˮ.

Autor tekstu: mgr inż. Jagoda Nutowicz-Piechowicz – oligofrenopedagog, logopeda, animator kultury w Europejskim Centrum Bajki, pasjonatka teatru, która swoje zainteresowanie sztuką realizuje na scenie i z jej drugiej strony jako koordynator Amatorskiego Teatru „Kurtyna”.

Bibliografia:
1. Andersen Hans Christian, Baśnie, ,, Bzowa babuleńka’’. Wydawnictwo G§P 2008.
2. Bettelheim Bruno, Cudowne i pożyteczne. O Znaczeniach i wartościach baśni. Wydawnictwo
PIW 1985.
3. Brett Doris, Bajki , które leczą. Część 1 i 2. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne 2013.
4. Horacy, Satyry, I,1 wiersz 69.
5. Molicka Maria, Biblioterapia i bajkoterapia. Media Rodzina 2011.
6. Molicka Maria, Bajki terapeutyczne. Część 1 i 2. Media Rodzina 1999.
7. Molicka Maria, Bajkoterapia. O lękach dzieci i nowej metodzie terapii. Media Rodzina 2002
8. Praca Zbiorowa: A. Barciś, K. Dowbor, K. Ibisz, R. Królikowski i inni, Bajkoterapia czyli dla
małych i dużych, o tym jak bajki mogą pomagać. Nasza Księgarnia 2009.

Rodzicielstwo w trzech słowach – wywiad z Kamilem Nowakiem (BlogOjciec)


Wywiadu dla Fundacji Edukacji Domowej udzielił autor bloga BlogOjciec (blogojciec.pl), Kamil Nowak – mąż, ojciec trojga dzieci i pedagog.

ASF: Od 6 lat prowadzi Pan blog o nazwie BlogOjciec, na którym dzieli się Pan swoim doświadczeniem ojcostwa. Pana blog cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Treści tam umieszczane stanowią ogromną pomoc i inspirację dla wielu rodziców. Jak powstał pomysł na tego typu działalności w Internecie? Czy zakładając blog, spodziewał się Pan takiego rozwoju strony i ogromnej rzeszy czytelników?

KN: Początkowo blog miał być raczej miejscem nieco bardziej wszechstronnym, podejmującym więcej tematów. Po pewnym czasie okazało się jednak, że to właśnie te „ojcowskie” wpisy są najchętniej czytane, a ja sam zauważyłem, że mam mnóstwo do nadrobienia w tym temacie, więc połączyłem jedno i drugie. Uczyłem się o tym, jak być lepszym rodzicem, a to, co uznałem za ciekawe, posyłałem dalej w świat właśnie na blogu. Dzięki temu mogłem zaobserwować, jak inni na to reagują i sam z czasem wiele się nauczyłem od moich czytelników – chyba przede wszystkim otwartości na różne podejścia.

Skąd czerpał Pan wiedzę na temat rodzicielstwa i budowania zdrowych relacji z dzieckiem? Czy konieczne jest przeczytanie wielu tomów książek i poradników, czy wiedza przychodzi sama wraz z doświadczeniem?

Myślę, że żadna wiedza nie spada na nas sama – ani w szkole, ani w rodzicielstwie, ani nigdzie indziej. Także nauka mi osobiście była potrzebna, bo nikt mi tej wiedzy, której potrzebowałem, wcześniej nie przekazał. Nikt mi nie powiedział, jak się opanować, gdy dziecko wyprowadzi mnie z równowagi, ani – tym bardziej – jak pomóc dziecku w takiej sytuacji. Już same rozmowy na temat emocji, na temat tego, co ja czuję, co czują dzieci – to była dla mnie totalna nowość. Wszystko zatem poznawałem, można powiedzieć, od podstaw – książki zdecydowanie, do tego blogi, vlogi, filmy… i dużo, dużo rozmów z innymi rodzicami, szczególnie tymi, którzy mają podobne doświadczenia.

Czy to prawda, że rodzicielstwo jest naturalnym stanem i wraz z narodzinami dziecka wiedza „wlewa się do głowy” i działamy intuicyjnie?

Wydaje mi się, że rodzicielstwo może być naturalnym stanem, jeśli my sami zostaliśmy wychowani tak, jak chcielibyśmy wychować nasze dzieci. Wtedy rzeczywiście wiedzę mamy już w sporej części zakodowaną i musimy ją tylko wydobyć. Gorzej, gdy chcemy zmienić nasze podejście, bo pamiętamy z dzieciństwa również te przykre chwile, w których czuliśmy się krzywdzeni, bici czy traktowani niesprawiedliwie i bez szacunku – wtedy ta droga jest dużo trudniejsza i sama nam się raczej cudownie nie objawi. Tutaj będziemy musieli grzebać i szukać odpowiedzi zanim trafimy na to, czego dokładnie poszukiwaliśmy.

Czy interesował się Pan wychowywaniem dzieci zanim został Pan ojcem?

Ani trochę. Ja w ogóle mało pojęcia o życiu miałem jako takim – w pracy byłem, powiedziałbym, pracowity nad miarę, robiłem to, co trzeba było, a później szukałem czegoś jeszcze. Zdarzało się, że zmieniałem pracę, bo w poprzedniej wykonałem wszystko, co mogłem w ciągu 6 miesięcy, a później dowiadywałem się, że to, co zrobiłem, poprzednia osoba robiła w sumie 3 lata. Niemniej w domu moje umiejętności ograniczały się do odkurzania raz w tygodniu i zrobienia sobie kanapki. Także do wychowania dzieci nadawałem się równie dobrze, jak do projektowania promów kosmicznych.

Gdyby miał Pan podsumować rodzicielstwo w trzech słowach, jakie by Pan wybrał?

Szacunek. Szczęście. Miłość.

Niedawno ukazała się Pana pierwsza książka „Idealny rodzic nie istnieje”. Jak pojawił się
pomysł na napisanie książki?

Przez lata tworzenia bloga poruszyłem tak wiele różnych tematów, że sam powoli zacząłem się w nich gubić. Do tego wiele osób, które dopiero co trafiały na bloga, pytało mnie o tematy, które już poruszałem, ale które nie były ułożone ani chronologicznie, ani tematycznie i nie były łatwe do odnalezienia. Książka była sposobem na zaradzenie temu i spisanie tej wiedzy w sposób uporządkowany. Dodatkowo chciałem też wyciągnąć rękę do tych wszystkich osób zrażonych typowymi poradnikami pełnymi specjalistycznego słownictwa i spisanymi nie zawsze w przyjaznej formie (mój rekord to czytanie jednego poradnika przez ponad 3 miesiące, bo strona lub dwie dziennie to był maks., jaki byłem w stanie przerobić ze względu na formę). Tymczasem wiele osób, w tym ogromna część ojców, wprost pisze, że nie tylko moja książka jest pierwszą książką o wychowaniu, którą przeczytali w całości, ale po jej lekturze mają zamiar wziąć się za kolejne. To pokazuje, jak wielkie znaczenia ma nie tylko sama treść, ale i forma właśnie.

Na blogu (a także w książce) pojawiają się treści dotyczące działania mózgu człowieka (głownie dziecka). Czy jest to temat, który szczególnie Pana interesuje? Czy wiedza z tego zakresu wpływa na relację z dzieckiem?

Myślę, że znajomość podstawowych faktów na temat rozwoju naszego mózgu, a także jego działania pozwala lepiej zrozumieć nam nie tylko dzieci, ale i samych siebie. Pozwala mniej się denerwować i szybciej uspakajać, a dla mnie osobiście były to dwa dość kluczowe obszary, nad którymi pracowałem i zresztą nadal pracuję.

Co sądzi Pan o alternatywnych metodach nauczania? Czy wdraża Pan elementy nauczania alternatywnego w przestrzeni domowej?

Jako nauczyciel z wykształcenia, który uciekł od swojego zawodu właśnie ze względu na jego niewielką otwartość na nowości, jestem zachwycony większością alternatywnych form nauczania i chociaż nie miałem możliwości z nich jeszcze skorzystać (niestety w naszej okolicy nie ma ani szkół demokratycznych, ani Montessori, ani w zasadzie żadnych alternatywnych), to bardzo mocno rozważam nauczanie domowe. Szczególnie odkąd nawet największe uniwersytety na świecie, takiej jak MIT (Massachusetts Institute of Technology) czy Harvard (Harvard University) wypowiadają się, że dzieci po takiej edukacji są lepiej przygotowane do życia zarówno intelektualnie, jak i społecznie.

Przesłanie książki, które do mnie trafiło najbardziej, to traktowanie dziecka z takim samym szacunkiem, jak w przypadku dorosłego człowieka. Co dla Pana znaczy „wychowanie z szacunkiem”?

W sumie nie jest to nic odkrywczego – chodzi głównie o to, aby traktować dziecko tak, jak traktowalibyśmy naszego przyjaciela czy nawet naszego sąsiada. Często pokazywany jest przykład zbitej szklanki, w którym na winne dziecko krzyczymy, że jest niezdarne i jeszcze dajemy karę, żeby to się nie powtórzyło, a do winnego sąsiada mówimy, że nic się nie stało i zaraz posprzątamy. Ten przykład dość mocno pokazuje, w czym tkwi problem i gdzie musimy zmienić nasze podejście. Dziecko w zasadzie ze względu na swój młody wiek i niewielkie doświadczenie jest jeszcze mniej winne niż sąsiad, więc tym bardziej nie powinno mu się okazywać mniejszego szacunku.

W książce pisze Pan o metaforze góry lodowej, która obrazuje proces powstawania emocji u dziecka. Zachowanie jest tylko jej wierzchołkiem. Cała reszta znajduje się natomiast pod powierzchnią, jest ukryta. Czy można nauczyć dziecko radzenia sobie z emocjami. Jeżeli tak, w jaki sposób?

Jak najbardziej można to zrobić, ale przede wszystkim musimy zacząć od siebie. Obecnie pokolenie w zdecydowanej większości niestety nie było tego nauczone, a jak wspomniałem wcześniej, nie jest to wiedza, która sama na nas spłynie. Musimy więc nauczyć się radzenia z naszymi własnymi emocjami, nauczyć się zarówno je odróżniać, jak i nazywać. Dopiero, jak sami to zrobimy, będziemy w stanie podzielić się tą wiedzą z dziećmi. Na szczęście są też na przykład bajki terapeutyczne (polecam m.in. „Krainę Uważności” i „Bajki o uczuciach”), które dotyczą konkretnych emocji i korzystając z nich, możemy się uczyć wyrażania tych emocji wspólnie z naszymi dziećmi.

Kim, według Pana, jest rodzic dla dziecka? Przewodnikiem, przyjacielem, wychowawcą, wszystkim po trochu? A może jego rola zmienia się wraz z wiekiem dziecka?

Myślę, że wszystkim po trochu, ale na pewno w różnym stopniu na różnych etapach dziecięcego rozwoju. Na początku jesteśmy głównie opiekunem, który dba o niemal wszystkie dziecięce potrzeby, by z czasem uczyć dziecko, jak może samo o te potrzeby zadbać, a pod koniec jesteśmy już raczej przewodnikiem/ autorytetem (jeśli nam się uda), który może wskazywać dziecku pewien kierunek, ale jest też świadomy, że decyzja dziecka nie zawsze będzie dokładnie taka, jakbyśmy tego oczekiwali.

Pokazuje Pan, że rodzicielstwo może być planem na życie i misją. Jak wypracować takie podejście? Czy można nauczyć się traktować w ten sposób swoją rolę jako rodzica?

Oj, tutaj byłbym ostrożny w traktowaniu rodzicielstwa jako misji, bo za bardzo kojarzy mi się z poświęcaniem się dziecku i podporządkowywaniem pod dziecko całego swojego życia. Wizja umęczonego rodzica, który się „poświęca” mnie przeraża, a niestety spotykam się z nią częściej, niż bym chciał. Nie dość, że rodzic jest wtedy wykończony, bo wszystko robi za dziecko, to jeszcze dziecko nie tylko tego nie docenia, ale i rośnie mocno roszczeniowe, kompletnie nieprzygotowane do życia w społeczeństwie. Później po zderzeniu z rzeczywistością albo od niej ucieka, popadając w depresję i uzależnienia, albo na siłę domaga się od wszystkich wszystkiego, w zamian nic nie oferując (taki skrajny socjalizm).

System kar i nagród to metoda, która przekazywana jest niekiedy z pokolenia na pokolenie jako najszybszy sposób wyegzekwowania posłuszeństwa u dziecka. Dlaczego nie jest skuteczna?

Przede wszystkim dlatego, że tak mówi nauka i badania przeprowadzane nawet na dorosłych ludziach. Badania dotyczyły zadań kreatywnych (czyli nie mówimy o pracy na taśmie). Wizja nagrody czy kary (które w sumie niewiele się różnią, bo często brak nagrody jest traktowany jak kara, a brak kary jak nagroda) szkodzi w wykonywanym zadaniu zamiast pomagać, bo ludzie rozpraszani są myślami o konsekwencjach.

Podobnie jest z dziećmi. Im bardziej boją się o rezultat, tym trudniej jest im opanować emocje, a im bardziej nieopanowane są emocje, tym częściej dzieci będą uciekać do rozwiązań prymitywnych, zakodowanych w mózgu pierwotnym (ucieczka, agresja, płacz). Jeśli więc zależy nam na tym, aby dziecko potrafiło zachowywać się dojrzale i podejmować dojrzałe decyzje, musimy postawić na wytłumaczenie mu, dlaczego coś warto robić, zamiast mamić go nagrodą. W końcu my przykładowo sprzątamy nasze pokoje nie dlatego, że czeka nas jakaś nagroda, tylko dlatego, że wiemy, jak ważny jest porządek. Dla nas nagrodą jest porządek sam w sobie. Czemu inaczej miałoby być w przypadku dzieci?

Poza tym warto też się zastanowić, co zrobi dziecko wiecznie nagradzane, gdy wyprowadzi się z domu i nagrody oferowane przez rodziców się skończą? Albo po prostu oczekiwania dzieci z roku na rok będą rosły (bo to normalny mechanizm przy nagrodach) i w pewnym momencie nie będziemy już potrafili im sprostać?

W książce „Idealny rodzic nie istnieje” pojawia się także kwestia klapsów oraz ich negatywnego wpływu na rozwój dziecka. Jak w kilku słowach przekonać rozmówcę, że przysłowiowy klaps jest formą przemocy wobec dziecka?

Można odwołać się do samej definicji przemocy, bo nie ma tam wyjątku zrobionego dla klapsa. 🙂 Ewentualnie można użyć analogii do picia alkoholu w czasie ciąży. Tak jak nie ma minimalnej dawki alkoholu w czasie ciąży, tak i nie ma minimalnej dawki przemocy wobec dzieci. A jeśli robimy dziecku krzywdę, to stosujemy przemoc. Nie ważne, w jaki sposób jest to argumentowane.

Gdzie rodzice mogą zaczerpnąć wiedzy na temat samego rodzicielstwa? Gdzie mogą szukać pomocy, gdy wydaje im się, że nie dadzą rady?

Myślę, że najlepiej zacząć od przedszkola czy szkoły, bo oni mogą wskazać wartościowych pedagogów czy psychologów. Ewentualnie można poszukać ich na własną rękę, chociażby z poleceń znajomych. Jak najbardziej można też szukać pomocy w książkach czy na blogach, bo to może dać nam pewne fundamenty, na których później łatwiej będzie się oprzeć, ale często jest to wiedza dość ogólna. Może nam pomóc zapobiec wielu problemom, ale nie zawsze jest w stanie je rozwiązać, jeśli już się pojawią. Dlatego też w przypadkach indywidualnych, w których sobie nie radzimy już na przykład od paru miesięcy, polecam poszukać wiedzy właśnie u specjalisty, najlepiej zaufanego, który będzie w stanie osobiście i bezpośrednio porozmawiać z nami i z naszym dzieckiem.

Z roku na rok zauważa się wzrost świadomości w zakresie wychowania (na szczęście). Czy mimo to jesteśmy skazani na powielanie błędów wychowawczych naszych rodziców?

Wydaje mi się, że my jesteśmy pokoleniem, które chyba ma najtrudniej, bo przechodzimy największą przemianę: od przemocy do jej braku. Uczymy się wychowywania dzieci w obustronnym szacunku. Wierzę, że jeśli my wykonamy dobrze swoją robotę, to kolejne pokolenia już będą miały pewne podstawy wypracowane dzięki swojemu dzieciństwu, a więc będą miały mniej błędów wychowawczych do powielenia. 🙂 Idealnie pewnie nie będzie nigdy, ale na pewno może być lepiej.

Jaki jest Pana największy sukces jako rodzica?

Przeżycie. Z resztą dam sobie radę. 😉

Na koniec może zechciałby Pan zdradzić, czy czytelnicy mogą liczyć na kolejną książkę? Jeżeli tak, czego będzie dotyczyła?

Obecnie w swoich planach postanowiłem skupić się nieco na innym obszarze moich zainteresowań, które darzę znacznie silniejszymi uczuciami niż poradniki, czyli grach planszowych i bajkach dla dzieci. W związku z tym coś na pewno się w tym roku pojawi, ale nie będzie to druga część książki. Chociaż w kolejnych latach tego nie wykluczam. 🙂

Z Kamilem Nowakiem (BlogOjciec) rozmawiała Aneta Sarnowska-Frank

Idealny rodzic nie istnieje? Jak to? – recenzja książki Kamila Nowaka (Blog Ojciec)


Idealny rodzic nie istnieje? Jak to?

Skoro, jak mówi Kamil Nowak (dla niewtajemniczonych autor bloga BlogOjciec), Idealny rodzic nie istnieje, to chyba wszystko zostało powiedziane i możemy kwestię rodzicielstwa odesłać do lamusa – niech każdy będzie takim rodzicem, jakim chce (chociaż to wbrew pozorom wcale nie takie łatwe) – lub raczej takim, jakim mu wychodzi.

Nie to ma jednak na myśli autor. Stwierdzenie, że idealny rodzic nie istnieje, nie jest zachętą do tego, by przestać rozwijać swoje umiejętności rodzicielskie. Kamil Nowak raczej podkreśla, że każdy rodzic jest inny – ma niepowtarzalne predyspozycje i talenty. Rodzicielska codzienność wymaga zatem ogromnej elastyczności, której nie nauczymy się choćby z najlepszego poradnika.

Książka Idealny rodzic nie istnieje w pełni odzwierciedla poglądy i filozofię autora prezentowane na blogu i w mediach społecznościowych. Zwolennicy mówienia o rodzicielstwie z przymrużeniem oka na pewno się nie zawiodą.

Poradnik, który nie jest poradnikiem

Może to zaskakujące, ale książka Kamila Nowaka jest bodaj jedynym poradnikiem (a na pewno jedynym, jaki miałam okazję przeczytać), który nie jest poradnikiem. Brzmi dość absurdalnie, ale … naprawdę tak jest.

Jeżeli chcesz uzyskać poradę, jak wychować dziecko na geniusza, co zrobić, żeby twoja pociecha była grzeczna oraz jak być najlepszym rodzicem na świecie – źle trafiłeś. Przekaz książki jest natomiast bardzo wyraźny i ustawia myślenie czytelnika na odpowiednie tory:

Dziecko jest człowiekiem (tak samo jak i rodzic). Jednemu i drugiemu należy się taki sam szacunek i traktowanie! Choć sprawa wydaje się na pozór oczywista, w praktyce niestety nie zawsze zasada ta jest stosowana.

Autor swoje przekonania na temat rodzicielstwa opiera na własnym doświadczeniu. Dzieli się metodami i praktykami, które sprawdziły się w jego rodzinie, podkreślając jednocześnie, że nie ma jednego rozwiązania i jednej metody. Treści poparte są wieloma barwnymi przykładami świetnie obrazującymi omawiane problemy. Ta książka pokazuje ludzką stronę rodzicielstwa – zwykłość (i wyjątkowość zarazem) bycia rodzicem.

Dawka optymizmu

Autorowi bez dwóch zdań pozazdrościć można czegoś, co potocznie nazywane jest „życiowym luzem”. A do tego dodać można jeszcze ogromny dystans i poczucie humoru. Książka chwilami śmieszy do łez, choć po wybuchu wesołości przychodzi nieraz gorzka refleksja.

Autor w subtelny i ironiczny sposób przypomina, że nie możemy lekceważyć lat nauki i badań nad rozwojem dziecka, stosując przestarzałe podejście, które nie tylko nie przynosi pozytywnych rezultatów, ale co więcej – negatywnie wpływa na dziecko i jego relację z rodzicem.

Książka Kamila Nowaka w bardzo wyraźny sposób, z dużą dozą humoru i dystansu przypomina o rzeczach najważniejszych i na nowo ustawia rodzicielskie priorytety. A co jest najważniejsze? Wbrew różnym poglądom, dla wszystkich to samo: miłość, bliskość, poczucie bezpieczeństwa, bycie tu i teraz, radość z tego, że ma się dzieci i z tego, jakie są.

Bądź dla siebie dobry

To zdanie (nie wprost oczywiście) wybrzmiewa niemal z każdej strony tej książki. Bądź dobry dla swojego partnera, dla swojego dziecka i w końcu – dla siebie (bo przecież od tego wszystko się zaczyna). Ponadto unikaj błędów (oczywista oczywistość), ale gdy się zdarzą… to życie płynie dalej, a ty masz kolejny dzień, w którym możesz coś zmienić – być lepszym rodzicem. Bo głównie chodzi o to, by dzieciństwo było czasem budowania zdrowej i bliskiej relacji z dzieckiem oraz czasem gromadzenia dobrych wspomnień.

Sam autor o swojej książce mówi:

„Idealny rodzic nie istnieje” to opis mojej drogi jako rodzica, która trwa już ponad dekadę. To opis moich błędów, moich porażek oraz wielu wyciągniętych z nich wniosków, wspartych doświadczeniami tysięcy rodziców, z którymi miałem kontakt w trakcie prowadzenia bloga. Pisząc tą książkę przyświecała mi jedna idea – stworzyć książkę dla rodziców, którzy na co dzień poradników rodzicielskich nie czytają, a mimo to chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej i zrobić krok w stronę przyjemniejszego i spokojniejszego rodzicielstwa.

Bycie rodzicem nie jest czymś, co można przeczytać, zapamiętać i stosować już do końca swoich dni. To przede wszystkim elastyczność i indywidualne podejście do dziecka – do dziecka, które jest niczym innym, jak po prostu człowiekiem (dlaczego dorośli o tym zapominają?)

To na pewno książka, z której wiele zostaje w głowie, a co więcej – w sercu czytelnika. Strony opatrzone wymownymi ilustracjami i cytatami – niekiedy śmiesznymi, niekiedy wzruszającymi, innym razem dającymi do myślenia. I chyba właśnie z tego składa się rodzicielstwo – z sinusoidy śmiechu, łez i zadumy.

Ten nietypowy sposób przekazu sprawia, że wiedza zawarta w książce może być dawkowana – co strona, to nowa myśl do zapamiętania i przemyślenia.

Idealna książka dla nieidealnego rodzica

Książka jest napisana w tak prosty i przystępny sposób, że można czytać ją w każdym momencie dnia (nawet po wykańczających godzinach spędzonych na zabawie dziećmi). Wiedza tam przekazana jest skondensowana do najważniejszych aspektów.

Gdybym miała opisać ją jednym sformułowaniem, pewnie powiedziałabym „kubeł zimnej wody”. I chyba dlatego, że książka wytrąca z sztandarowego myślenia o relacji rodzic-dziecko. Autor zdaje się mówić: „Wyluzuj, nie bądź taki poważny, uśmiechnij się”.

Idealny rodzic nie istnieje to najpozytywniejsza książka o rodzicielstwie – bez zbędnego straszenia, ostrzegania, oceniania i udzielania rad. Autor nie jest specjalistą – mówi ze swojej własnej, rodzicielskiej perspektywy. I chyba dlatego odnosi się wrażenie, że jego książka jest bardzo autentyczna i po prostu życiowa.

Opracowała: Aneta Sarnowska-Frank

Wszystko, co powinieneś wiedzieć o badaniu w publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej


Zebraliśmy Wasze pytania dotyczące zapisu na edukację domową. Wiele z nich dotyczyło badania w publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej. Dzięki temu powstała druga część Q&A (pierwszą znajdziecie TU).

W poniższym artykule znajdziesz odpowiedzi na najbardziej nurtujące kwestie dotyczące badania pod kątem edukacji domowej.

W jaki sposób zapisać dziecko na badanie skierowane na nauczanie domowe? Czy wystarczy rejestracja telefoniczna, czy konieczne jest złożenie wniosku?

Aby zapisać dziecko na badanie pod kątem nauczania domowego, należy zarejestrować się w rejonowej publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej telefonicznie. Podczas pierwszej wizyty należy natomiast złożyć wniosek o przeprowadzenie badania oraz wydanie opinii. Wzór wniosku można znaleźć TU.

Czy badanie pod kątem edukacji domowej ma swoją nazwę? Czy wystarczy zaznaczyć, że chodzi o uzyskanie zezwolenia na nauczanie domowe?

Badanie pod kątem nauczania domowego nie ma specjalistycznej nazwy. W celu uzyskania opinii pod kątem nauczania domowego wystarczy poinformować psychologa przeprowadzającego badanie, że chodzi o opinię dotyczącą zezwolenia na edukacje domową. Informacja ta zawarta jest także na wniosku składanym do poradni.

Jaki jest średni czas oczekiwania na badanie?

Czas oczekiwania na badanie zależny jest od konkretnej poradni lub samego psychologa, który opiekuje się daną szkołą w poradni. Publiczna poradnia posiada ograniczone możliwości kadrowe, ma natomiast przydzielony rejon do obsłużenia, dlatego też czas oczekiwania w poradni może wydłużać się ze względu na dużą liczbę zgłoszeń. W przypadkach pilnych poradnie starają się przyspieszyć termin badania, jeżeli tylko jest to możliwe.

Do której poradni należy się zgłosić? Czy może być to dowolna publiczna poradnia w województwie?

Każda szkoła (publiczna i niepubliczna) ma swoją poradnię rejonową, która opiekuję się uczniami. Należy więc zgłosić się do poradni, pod którą podlega szkoła. W przypadku dzieci, które jeszcze nie spełniają obowiązku szkolnego, poradnią rejonową jest ta, znajdująca się najbliżej miejsca zamieszkania.

Ile spotkań przewidzianych jest na badanie?

Najczęściej badanie obejmuje dwa spotkania. Nie jest to jednak reguła. Wiele zależy od indywidualnych predyspozycji dziecka. Niekiedy potrzebnych jest więcej spotkań, żeby zdiagnozować dziecko oraz odpowiednio sformułować wskazania do pracy. O liczbie spotkań decyduje psycholog badający dziecko w poradni.

W jakim terminie od badania można spodziewać się wystawienia opinii.?

Poradnia ma 30 dni na wydanie odpowiedniego dokumentu.

Kto przeprowadza badanie? Psycholog czy pedagog?

Zazwyczaj badanie przeprowadzane jest przez psychologa. Może on także wyznaczyć dodatkowy termin badania u pedagoga.

Czy rodzic może uczestniczyć w badaniu?

Kwestia przebywania rodzica podczas badania nie jest regulowana dokumentem prawnym. Może być natomiast regulowana w statucie. Każda poradnia ma obowiązek posiadania statutu, w którym mogą znajdować się postanowienia regulujące szczegółowy przebieg badania poprzedzającego wydanie opinii. Jeżeli zastrzeżono tam, że diagnozę przeprowadza się w obecności rodzica, to zasadne jest domaganie się, aby zostało to dotrzymane. Jeżeli jednak nie ma tam takiego zapisu lub wyraźnie wskazano, że rodzic nie jest obecny w trakcie badania, to taka procedura nie narusza prawa oświatowego.
Kwestia uczestnictwa rodzica w badaniu jest w praktyce różnie rozstrzygana w poradniach. W niektórych zasadą jest udział rodziców w badaniach, gdzie indziej zaś jest odwrotnie. Na pewno nie istnienie nic takiego, jak „podstawa zwyczajowa” zabraniająca udziału rodziców w badaniu, niemniej jednak z uwagi na brak regulacji tej kwestii w przepisach rozporządzenia, poradnie mają swobodę co do tego, czy przeprowadzać badania w obecności rodzica, czy też nie. Brak dopuszczenia rodzica do udziału w badaniu można zarzucić poradni tylko wtedy, gdy możliwość udziału wynika z postanowień statutu poradni.

Na czym polega badanie? Czy jest to rozmowa czy rozwiązanie testu?

Szczegółowy przebieg badania nie jest regulowany prawnie. Każda poradnia może przeprowadzać badania w nieco inny sposób. Jest to badanie psychologiczne przy zastosowaniu standaryzowanych testów badających możliwości intelektualne i osobowość. O tym, jakie testy będą zastosowane, decyduje psycholog.

Czy podczas badania oceniana jest wiedza merytoryczna dziecka?

Wiedza merytoryczna oceniania jest wyłącznie w takim zakresie, w jakim takie pytania występują w testach. Zależne jest to więc także od wieku dziecka. Dziecko nie rozwiązuje testów wiedzy z danych przedmiotów.

Jak długo trwa badanie?

Czas badania jest kwestią indywidualną zależną od wielu czynników, między innymi tempa pracy dziecka czy liczby spotkań. Nie jest on ustawowo ustalony. Psycholog dostosowuje czas do predyspozycji i potrzeb dziecka.

Czy w każdej poradni takie badanie przebiega w ten sam sposób?

W związku z tym, że przebieg badania nie jest standaryzowany, badanie różni się w zależności od placówki. Poradnie dysponują takim samymi standaryzowanymi metodami, ale przebieg każdego badania jest inny, ponieważ dostosowany jest do potrzeb dziecka.

Na jakiej podstawie poradnia może wystawić negatywną opinię?

W trakcie badania psycholog może zauważyć dysfunkcje, deficyty i potrzeby dziecka, które wymagają specjalistycznego wsparcia i pomocy. W takich przypadkach, w związku z tym, że rodzice mogą nie dysponować takimi możliwościami, edukacja domowa nie jest zalecana. Wówczas wystawiona opinia jest negatywna. Nie oznacza to jednak, że dziecko nie ma szans na realizowanie edukacji domowej. Ostateczną decyzję o wydaniu zgody na tryb nauczania domowego wydaje dyrektor szkoły.

Czy poradnia ma prawo zażądać opinii od wychowawcy lub dyrektora szkoły?

Poradnia ma prawo prosić o okazanie opinii wychowawcy lub dyrektora szkoły, ponieważ takie informacje pogłębiają diagnozę. Poradnia może także poprosić o udostępnienie opinii lekarza, logopedy lub innego specjalisty. Reguluje to Rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z dnia 1 lutego 2013 r. w sprawie szczegółowych zasad działania publicznych poradni psychologiczno-pedagogicznych, w tym publicznych poradni specjalistycznych, par. 5, ust. 2.

Jakie kroki należy podjąć, jeśli poradnia nie wystawi opinii w okresie przewidzianym przez ustawę?

W przypadku, gdy poradnia nie wystawi opinii w przewidzianym terminie, rodzic może zgłosić się do dyrektora poradni z prośbą o informację, dlaczego opinia nie została wystawiona w odpowiednim terminie.

Opracowała: Aneta Sarnowska-Frank we współpracy z publiczną poradnią psychologiczno-pedagogiczną oraz Kancelarią Prawną Tusiński i Współpracownicy

Czym jest zabawa malarska według Arno Sterna?


„Zabawę trzeba traktować poważnie, bo nie istnieje lepsza metoda uczenia się”.

Arno Stern, francuski pedagog, całe swoje życie poświęcił tej zasadzie, dzięki czemu wypracował innowacyjną metodę zabawy malarskiej. Według Sterna każde dziecko ma wrodzoną potrzebę zabawy i pragnienie wyrażania swojej ekspresji i spontaniczności przez rysunek.

Arno Stern zauważył, że dzieci, kreśląc pierwsze ślady na papierze, wykonują podobne figury (niezależnie od środowiska, w jakim przebywają). Pedagog podjął się obserwacji śladów pozostawionych na papierze przez dzieci. Podobne figury i kształty przedstawiane przez dzieci nazwał formulacją. Kształty te (czyli pozostawiony ślad) mogą mieć związek z pierwotną pamięcią dziecka sięgającą okresu prenatalnego.

Według Arno Sterna zabawa malarska powinna być nastawiona na indywidualizm dziecka, co oznacza zachowanie niezależności od opinii, sugestii i spostrzeżeń dorosłego. Wskazówki do zabawy malarskiej według Arno Sterna są następujące:

– dzieło dziecka nie powinno mieć narzuconego tematu – powinno uwidaczniać naturalną ekspresję i spontaniczność dziecka,
– to dorosły często sugeruje dziecku, że rysunek coś przedstawia (dla dziecka może być jedynie wyrażeniem stanu emocjonalnego lub zabawą), dlatego bardzo ważne jest, aby nie zadawać pytań typu: „Co to jest?”, „Co chciałeś/aś przedstawić?”,
– nie należy oszczędzać na materiałach plastycznych – dzieło dziecka powinno być traktowane tak samo jak dzieło dorosłego,
– malowanie nie jest kwestią jedynie talentu, ale jest naturalną potrzebą wyrażenia siebie.

Zadaniem dorosłego jest traktowanie twórczości dziecka z powagą i szacunkiem. Ważne jest, aby nie zadawać pytania o to, co przedstawia obraz (często to właśnie dorośli chcą przypisać mu określone obiekty). Chwalenie rysunku (czy też śladu) dziecka na papierze również nie jest wskazane, ponieważ dziecko zapamięta pochwałę i będzie malowało w taki sam sposób. Nieszczere i zdawkowe komplementowanie śladów zostawionych przez dziecko często prowadzi do ograniczenia jego kreatywności, dlatego też należy po prostu pozwolić dziecku się bawić i powstrzymać się od komentarzy czy sugestii.

Według Sterna należy wesprzeć dziecko (jeżeli samo poprosi o pomoc). Głównym zadaniem dorosłego jest natomiast nie przeszkadzać mu w procesie twórczym i nie komentować dzieła.
Podstawową zasadą zabawy malarskiej jest przyjęcie stanowiska, że dziecko nie maluje po to, by coś przedstawić (jest to perspektywa dorosłego), ale po to, by podjąć spontaniczną zabawę.

Malowanie może stać się prawdziwą zabawą tylko wtedy, gdy pozostanie wolne od oceny.

Jeżeli temat zabawy malarskiej Was zainteresował, koniecznie sięgnijcie po książkę Arno Sterna Odkrywanie śladu. Czym jest zabawa malarska.

Opracowała: Aneta Sarnowska-Frank